W mojej normandzkiej krainie pada dzisiaj deszcz. 
Pfff. Nie. To brzmi zbyt romantycznie. Bez owijania w bawełnę: leje  i wieje dziś od samego rana tak, że mam większą ochotę na mycie podłogi, okien, naczyń i wszystkich powierzchni płaskich w mieszkaniu, niż na wyściubienie choćby małego palca u stopy z domu. Choćby na balkon. Siedzę więc pod kocem, z herbatą w dłoniach i rozmyślam. Oczywiście nie myślcie, że robię te wszystkie okropne rzeczy wymagające mopa, ścierki  i sidoluxu ;-) A wiecie co jest najlepsze? Że łóżko nie pyta, łóżko rozumie ;-)

Naszły mnie pod tym kocem rozmyślania, którymi od jakiegoś czasu planowałam się z wami podzielić.  Niedługo minie rok odkąd jestem we Francji. Rok pełen walki. Mam wrażenie, że byłam przez ten czas jak koń z klapkami na oczach, który wciąga na ogromną górę potworny ciężar, a nie ma z nim nikogo, kto dodawałby otuchy i motywował do wspinaczki. Do tego wcale nie wiedziałam jak długo będę się wspinać i kiedy na reszcie dotrę na szczyt i będę mogła podziwiać widok i chwilę odsapnąć.
Walka z samotnością, tęsknotą, wstydem. Wiele stoczonych batalii o wyjście rano z łóżka.  No bo i po co? Brak pracy, rodziny, przyjaciół. Walka o zrozumienie każdego słowa, zdania, załatwienie spraw w urzędach, wyjście "do ludzi". Walka o pracę, o każdy dzień w pracy, żeby zrozumieć, żeby mnie chcieli, żeby bariera językowa nie wykluczyła mnie z rynku pracy.

Ale w końcu dotarłam i jestem. Na szczycie rzecz jasna.

Pisałam Wam o moich pierwszych wrażeniach z pracy Tutaj. Nie było łatwo. Kilka tygodni temu dostałam propozycję umowy na stałe. Od października podpiszę swoją pierwszą umowę na czas nieokreślony! Przysiegam, że moja duma jest tak wielka, że łaskocze moich polskich przyjaciół po nosach ;-)

Oprócz tego, na moim koncie jest jeszcze jeden wielki sukces, a mianowicie mieszkanie. Wynajmowane, na moje i tylko moje nazwisko, z rachunkami za prąd i internet. :-) Myślicie, że zwariowałam? To poczytajcie u Oli, jak trudno we Francji wynająć mieszkanie. Rozumiecie już teraz jak wiele znaczy dla mnie mój własny kąt?

Mam też nareszcie wiele miesięcy wczekiwaną carte vitale, dzięki której nareszcie nie będę musiała wypełniać i wysyłać za każdym razem formularzy o zwrot kosztów leczenia.

Wszystkie te moje małe sukcesy zajęły mi prawie rok. Jedno z najtrudniejszych wyzwań mojego życia. Ale wiecie co jest najważniejsze? Że przy okazji, zupełnie niepostrzeżenie, obok mnie znalazło się kilka osób, na które mogę liczyć. Naprawdę wiem, że cokolwiek by się nie wydarzyło, nie pozwolą mi upaść. Więc skoro jestem już na szczycie i to na dodatek nie sama, to nareszcie nadszedł czas na odcinanie kuponów od mojej pracy. Nareszcie zaczynam żyć, a nie walczyć o stworzenie na nowo mojego życia.

P.s. jesteście na początku tej drogi? Napiszcie, podzielcie się swoimi doświadczeniami, problemami. I pamiętajcie, że nadejdzie taki dzień, że będziecie znowu żyć, znowu będziecie u siebie!

Pogodny dzień, oczywiście nie dzisiaj ;-)

Przez ostatnie trzy miesiące mnie nie było. Nie istniałam w przestrzeni wirtualnej, nie odpowiadałam na wiele wiadomości. Zniknęły zdjęcia trzymających się dłoni, stóp przemierzajacych samotnie i we dwoje wielką Francję. Nie było muli, krewetek, morskich opowieści. Nie było odliczania, opowieści o tęsknocie i wyzwaniach. 

Czasami tak bywa...

Czasami tak jest, że życie pisze nam inny scenariusz niż moglibyśmy się spodziewać. I wcale nie trzeba się tego bać. Czasami trzeba cofnąć się o trzy kroki żeby nabrać rozpędu. 

Dzisiaj wiem, że #samawwielkiejfrancji, to coś więcej niż hashtag na instagramowym profilu. Dzisiaj wiem, że na nowo można rozpoczynać wiele razy, co wcale nie oznacza porażki. Dzisiaj rozpiera mnie duma z tego gdzie jestem i jak się tu znalazłam. 

Dzisiaj widziałam spadającą gwiazdę... 


P.s. tęskniłam za Wami.
Dzisiejszy wpis powstał w ramach projektu Klubu Polek na Obczyźnie. Projekt ten trwał dwa miesiące i chyba już wszystko w nim zostało napisane przez moje poprzedniczki. Może nie napiszę nic odkrywczego, może powtórzę wszystko to, co powiedziały już moje koleżanki. Może. Ale kiedy przeczytałam, że właśnie o przyjaźni na obczyźnie będziemy pisać, poczułam, że muszę wziąć udział w projekcie. Bo dla mnie to temat bardzo świeży, nieułożony i bolesny.

Z przyjaźnią według mnie jest tak jak z miłością. Kiedy to zrozumiałam, miałam dwadzieścia parę lat i wydawało mi się, że przyjaźniłam się w swoim życiu wiele razy. Przyjaciele byli obok, odchodzili, wracali. Niektórzy byli tylko od dobrej zabawy, inni od rozmów, a jeszcze inni od podróży. Niektórzy odeszli na zawsze, ale kiedyś przecież naprawdę się przyjaźniliśmy... Czyżby?

Żyłam z taką myślą, aż nagle pojawił się ten KTOŚ! Być może Wam też się to przytrafiło. Być może to była przyjaźń od pierwszego spojrzenia, a może, tak jak u nas, spotkanie po latach z koleżanką z klasy. Właśnie wtedy uświadamiasz sobie, że do tej pory nic nie wiedziałeś o przyjaźni, zaufaniu i porozumieniu. Bo nagle pojawił się KTOŚ, kto zrewolucjonizował Twoje poglądy na ten temat. Nagle jest obok Ciebie ktoś, komu ufasz bardziej niż sobie, komu kibicujesz bardziej niż sobie, kogo kochasz bardziej niż siebie, kto jest Twoją dumą, radością i z kim rozumiesz się bez słów, chociaż uwielbiasz rozmawiać godzinami.

Najlepsza przyjaciółka jest jak siostra, której życie zapomniało nam dać.

Dokładnie 2 lata i tydzień temu trafił mnie taki piorun. Od tamtej pory wiem, że cokolwiek w moim życiu się nie wydarzy, mam jeden stały punkt odniesienia, jest jak latarnia morska, niczego się nie boję.
Tamtego dnia zrozumiałam też, że między kobietami nie musi rządzić zazdrość i zawiść. Kiedy widzę moją przyjaciółkę, to myślę sobie, że mam wielkie szczęście, bo jest jedną z najpiękniejszych kobiet jakie znam. Kiedy widzę zachwycone męskie spojrzenia, kiedy spacerujemy razem, rozpiera mnie duma!

Nie potrafię opisać Wam naszej silnej więzi. Nie potrafię opowiedzieć Wam o naszych wieczorach, nocach i rankach, kiedy buzie nam się nie zamykały, bo rozmowa sprawiała taką radość. Nie umiem opowiedzieć o tym, jak trzymała mnie za rękę kiedy odjeżdżał Vince, jak była gotowa przybiec do mnie o 5 nad ranem żeby mnie wesprzeć. Nie wiem jak mogłabym wytłumaczyć Wam jaką cudowną jest kucharką i ile razy nie jadłam cały dzień, żeby nacieszyć się tym co przygotuje wieczorem. Jej dom jest moim domem, gdzie mogę nie wciągać brzucha, położyć się na kanapie w dresie, pić wino, jeść czekoladę i nic nie musieć.
Nie wiem jak mam opowiedzieć Wam o tęsknocie... O tym wieczorze tuż przed moją wyprowadzką... O tym jak trzymałyśmy się za ręce i próbowałyśmy nie płakać. Wytrzymałyśmy prawie do samego końca. O tym, że udawałam sama przed sobą, że wyjeżdżam tylko na chwilę i na pewno za kilka dni się spotkamy.

Wiem za to jak opowiedzieć Wam o przyjaźni na obczyźnie. Tuż po wyprowadzce nie interesowali mnie inni ludzie. Uparcie odmawiałam wszystkim zarpraszającym. To nie byli moi przyjaciele. Tęskniłam za tymi, którzy zostali w Polsce. Myślałam tylko o tym, że ich tu nie ma. Nawet jeśli V. udało się mnie gdzieś wyciągnąć, to uparcie patrzyłam na innych przez pryzmat tego "kim nie są". Nie byli ani moją najlepszą przyjaciółką, ani kolegami z pracy, ani najbliższą rodziną, ani nawet znajomymi twarzami. Wiecie kim za to byli? Przyjaciółmi, ale nie moimi - mojego V. Nie ja ich wybrałam i im bardziej to sobie uświadamiałam, tym mniejszą miałam ochotę ich widzieć. I wtedy moja przyjaciółka widząc jak bardzo się męczę, wysłała mi to:


Jak zawsze wiedziała czego mi trzeba. Bardzo mnie wzruszyła tym, że nie kieruje nią zazdrość i zaborczość, ale Miłość i Troska o mnie i moje samopoczucie. Nie zmieniło to diametralnie mojego podejścia i nie sprawiło, że zaczęłam się rzucać na szyję wszystkim dookoła, ale uchyliło odrobinę zatrzaśnięte drzwi.

Nie mam przyjaciół na obczyźnie. Mam już swoich własnych znajomych i kolegów (głównie dzięki pracy), ale być może kiedyś z kimś się zaprzyjaźnię. Pewnie nie będzie to proste. Może dlatego, że jestem tu raptem niecałe 8 miesięcy i jeszcze nie rozgryzłam Francuzów. Wydaje mi się, że nie angażują się tak w relacje jak Polacy. Tego mi brakuje - serdecznych uścisków, godzinnych rozmów, zaproszenia na obiad do rodziny. Nawet kiedy mój V żegnał się ze swoimi przyjaciółmi przed wyjazdem na misję, wymienili standardowe (zimne jak dla mnie) bisous w dwa policzki. A przecież rozstawali się na 4 miesiące...

Nie wierzę, że spotkam jeszcze kogoś takiego jak Ania. Nie ważne czy w Polsce, we Francji, czy jeszcze gdzie indziej. Bo my jesteśmy takie same. Mimo, że fizycznie różnimy się całkowicie, to serce mamy to samo. Jedno, podzielone na pół. 
Ale nawet jeśli nigdy nie spotkam tu nikogo, kogo będę mogła nazwać swoim przyjacielem, to już wygrałam. Odnalazłam już swoją drugą połowę. Życzę każdemu móc doświadczyć takiej głębokiej przyjaźni. Szczególnie, jeśli jest się bardzo daleko od domu, czuje się samotnym, a strach wita każdego poranka z tą samą siłą. Nie boję się mu spojrzeć prosto w oczy, moja latarnia morska nadal tam jest. Daleko, ale nadaje mi kierunek...


Właśnie układam się do popołudniowej drzemki, ale zanim zasnę, muszę podzielić się z Wami tym, co przyszło mi do głowy.


Odkąd zaczęłam pracować, mój plan dnia wygląda zupełnie inaczej niż do tej pory. Wyjeżdżam z domu około 10.45 rano. 40 minut w drodze. O 11.30 jem obiad ze wszystkimi kolegami i koleżankami w pracy i w południe zaczynamy serwis obiadowy, który kończy się między 14.30 a 16.30. Czasami wracam do domu (kolejne 40 minut w jedną stronę) i przyjeżdżam na 19.30 na serwis wieczorny, ale zdarza mi się, tak jak dzisiaj, zostać na miejscu. Wtedy drzemkę ucinam sobie w samochodzie. Do domu wracam między północą, a 2. nad ranem.

Ktoś mógłby powiedzieć, że to głupie, że cały dzień nie ma mnie w domu, muszę być okropnie zmęczona. Ale wiecie co? Przecież to było moje marzenie! Pracować. 

Doceniam każdy ciężki poranek, kiedy tak trudno ściągnąć z łóżka zmęczone nogi. Doceniam każdy kilometr drogi, nawet późną nocą, w deszczu i mgle. Doceniam drzemki w samochodzie, powroty do domu późną nocą i ciężkie dni w pracy.

Za mało w życiu doceniamy. Kiedy pada deszcz chcemy słońca, kiedy ono nareszcie świeci, jest nam za gorąco. Marzymy o pracy, niezależności finansowej, a potem narzekamy, że trzeba rano wcześnie wstawać. A przecież to jest właśnie życie. Jeśli już coś wybraliśmy, znajdujemy się w pewnym punkcie, warto wyciągać z tego momentu wszystko co najlepsze. 

Uśmiech, optymizm, zapał. To chcę wnosić wszędzie tam gdzie jestem. Wierzę, że mamy realny wpływ na świat, nawet jeśli jest nim moja praca, rodzina, dom. 

Mogłabym usiąść załamana i płakać, że nie po to mam tyle lat szkoły i doświadczenie zawodowe, żeby teraz być kelnerką. Ale przecież to wspaniałe być kelnerką. Uwielbiam moich klientów, uwielbiam widzieć jak wychodzą uśmiechnięci, dziękują i wracają znowu. Uwielbiam patrzeć na zakochane pary, które dzięki nam spędzają magiczny, romantyczny wieczór i na rodziny z dziećmi, które czują się u nas mile widziane. 

Mam nadzieję, że Wy też kochacie swoje małe światy. Podzielcie się tym ze mną proszę.
Poznając mojego V. i decydując się na związek z nim, liczyłam się od samego początku z nieustanną tęsknotą. Emocje, które rodzi każde pożegnanie, są ogromne. Pisałam już na blogu o smaku pożegnań (TUTAJ) i chyba wiele z Was rozumie doskonale  co to znaczy czekać i tęsknić, bo post ten okazał się najchętniej czytanym do tej pory na blogu. Dzisiaj jednak będzie o drugiej stronie medalu, czyli o smaku powitania.

Dodaj napis


Strategia przetrwania czteromiesięcznej misji V, ma jedno podstawowe założenie - nie wyobrażać sobie zbyt często jego powrotu. Nie wyobrażać sobie chwili powitania, zaurzenia się w jego szerokich, ramionach. Nie myśleć o pocałunkach, którymi obsypie moją twarz ani o jego zapachu. 
Pod żadnym pozorem nie odtwarzać w głowie filmu nakręconego przy pomocy fantazji. 

Scena pierwsza:

Widzę go z daleka. Przez ramię ma przerzuconą wojskową torbę, a na plecach wypchany po brzegi plecak. Już zapomniałam jaki jest przystojny. Zauważa mnie i powoli idzie w moim kierunku. Ja, mimo najszczerszych chęci, nie jestem w stanie biec do niego, bo nagle cała tęsknota, niewylane łzy i niewypowiedziane przez cztery miesiące słowa, odbierają mi siłę w nogach i uświadamiam sobie, że to jednak był nadludzki wysiłek. Że bolało bardziej niż chciałam się przyznać przed samą sobą, ale przede wszystkim przed nim. Że właśnie teraz, w tej jednej chwili wyczerpała się moje siła.

Scena druga:

Siedzę w samochodzie, po stronie pasażera. Nareszcie nie muszę prowadzić, bo obok jest on. Trzyma swoją dłoń na moim kolanie. Wyciągam rękę i drapię go po karku - tak jak lubi, a on się uśmiecha. Zamykam oczy i odpływam. Zasypiam i budzę się, a on wciąż jest, nie znika. Mogę spać spokojnie. 

Scena trzecia:

Stolik na tarasie restauracji, zachód słońca, szum fal. Nigdzie się nie spieszymy, nic nie musimy. Owoce morze, czekoladowy deser, szampan, wino. Spacer po plaży, tylko my dwoje. Doceniamy każdą sekundę, cieszymy się sobą, tak jakbyśmy spotykali się od kilku tygodni. 


Jak widzicie, jakoś słabo mi idzie nie odtwarzanie tego filmu. Im mniej czasu zostało do końca misji, tym częściej takie obrazy stają mi przed oczami. Pewnie dlatego też czas zaczyna płynąć jak gdyby trochę wolniej. I już sama nie wiem czy dokręcić kolejne sceny, czy też zaprzestać wyobrażać sobie w nieskończoność słodki smak powitania, z obawy przed wariactwem ;) 

Może tymczasowo zadowolę się smakiem czekolady na pocieszenie, a Was zostawiam z pięknym filmem, z jednego z naszych powitań na lotnisku.

Dla wszystkich, którym film nie wyświetla się poprawnie, wrzucam odnośnik si Facebooka'a

video


David Wills "Metamorfozy Marilyn Monroe"


Polki uchodzą w świecie za bardzo piękne kobiety. Dbamy o siebie, lubimy się malować, stroić. Nie wszystkie z nas oczywiście, bo przecież ile kobiet, tyle różnych spojrzeń na kobiecość.

Za mną ten temat chodzi już od jakiegoś czasu. Dlaczego? Dlatego, że odkąd mieszkam we Francji, dużo się dla mnie i we mnie zmieniło w temacie kobiecości. Ale może po kolei.

Smak radości

W tym, że jestem Kobietą przez duże "K", zorientowałam się mając jakieś 24 lata. Wtedy właśnie rozpoczęłam odkrywanie własnego gustu, stylu. Oszalałam na pukcie naszych kobiecych sztuczek. Makijaż, fryzura, szpilki, sukienki, fryzjer i szaleństwo zakupowe. Wtedy też zakochałam się w sporcie, więc wyobraźcie sobie ile miałam energii i radości w sobie. Ah jaki to był piękny czas. Komplementy, męskie spojrzenia, pewność siebie szybująca w przestworza. Na tym właśnie haju poznałam V. Nie było więc opcji żeby nie uległ ;) 

Dobre złego początki

Oczywiście zawsze wiedziałam, że uroda, czy markowe ubrania, to nie jest to, co czyni nas dobrymi ludźmi, kobietą czy mężczyzną. Wiedziałam, że to nasze wnętrze, umysł i serce są najważniejsze. Jednak nagle odkryłam, że przyjemnie jest dbać również o swój wygląd, o swoją "powłokę". Chyba jednak zapędziłam się w tym za daleko. Wyjście z domu bez makijażu? Bez szans. Co tydzień nowa sukienka, bo przecież starą miałam już ubraną. Sterty nowych kosmetyków, chociaż stare prawie nie napoczęte.

Z moją przyjaciółką mamy taki żart: "Dzisiaj tylko lekki makijaż. Nie chce mi się za bardzo malować. Tylko podkład, róż, rozświetlacz, tusz do rzęs i kredka do brwi..."

Zaczynałam czuć się więźniem tego wszystkiego, co wcześniej sprawiało mi przyjemność. Upiększanie się pożerało tyle czasu, a ja bałam się, że jeśli na chwilę o tym zapomnę, to przestanę spełniać oczekiwania otoczenia.

Kobieta we Francji

Na szczęście, pewnego dnia wylądowałam we Francji na stałe. Okazało się, że dla mojej nowej rodziny jestem zjawiskiem ;) Codzienny makijaż, kosze z kosmetykami, sukienki na każdą okazję. Ile razy usłyszałam, że przecież nie idziemy na bal. Nigdy nie było to złośliwe. Oni po prostu byli bardzo zaskoczeni. Zaczęłam powoli obserwować inne kobiety i zauważyłam, że to jak wyglądają, to jest ich wybór. Nikt nie wywiera na nich presji żeby były piękniejsze, szczuplejsze, bardziej zadbane. Poczułam rozluźnianie gorsetu, o którego istnieniu nie miałam wcześniej pojęcia. Zachłysnęłam się tym. Wskoczyłam w dresy i adidasy (nie do pomyślenia dla mnie w Polsce), spędzałam cały dzień bez makijażu. Co więcej - wychodziłam tak do ludzi ;) Co prawda, na początku, rozglądałam się na boki z niepokojem, czy przypadkiem nie strzeli  we mnie piorun, albo nie zawali się świat. O dziwo nic takiego się nie stało. 

Obserwowałam Francuzki i zaczynałam pałać coraz większą sympatią do ich podejścia do urody. Zawsze zadbane, ale naturalne. Klasyczny manicure, proste fryzury, bardzo delikatny makijaż. Ubrania wygodne i bez zbędnych dodatków. 

Zaczęłam bardziej skupiać się na pielęgnacji, niż na upiększaniu. Odzyskałam trochę czasu, który skradłam sobie sama, przez nadmierne wymagania stawiane swojej urodzie. Teraz widzę, że były to wymagania zupełnie niepotrzebne, które wcale nie pomagały mi czuć się bardziej kobiecą, czy szczęśliwszą.

A jakie są Wasze spostrzeżenia? Widzicie to co ja mieszkając w Polsce? Jeśli mieszkacie w innym kraju, to jak się to ma do polskiego steerotypu kobiecości? Do jakiego sposobu bycia jest Wam bliżej. Jestem szalenie ciekawa co o tym myślicie.