Od jakiegoś czasu dostaję bardzo dużo sygnałów, że mnie czytacie :-) Ktoś słyszał o moim blogu siedząc u fryzjera, koleżanka doniosła mi, że zagląda tu jej wujek i wiem też ze sprawdzonych źródeł, że znalazła tego bloga moja wspaniała wychowawczyni z liceum :-) Swoją drogą wszystkie te osoby pozdrawiam z całego serca! Bardzo się cieszę, że nie piszę w próżnię. Jesteście mile widzianymi gośćmi.

Zastanawiam się tylko, czemu dowiaduję się o Was od innych, dlaczego nie dacie znać, że jesteście. Przecież ja czekam na każdy Wasz komentarz, każdy znak, że czytacie.

Ciekawa jestem kto jeszcze wpadł tu przypadkiem. Gdzie usłyszał o moim blogu, jakimi ścieżkami tu dotarł.  Dajcie znać kim jesteście, czy się znamy. Nawet jeśli nie, to mam nadzieję Was poznać. Nie pozostawajcie cyframi w statystykach!

Zostawcie komentarz tu albo na Facebooku jeśli Wam wygodniej. Sprawicie mi niezwykłą niespodziankę każdym pozostawionym słowem.

Ściskam każdego z Was, kto do mnie zajrzał kiedykolwiek. Moc cudowności w Nowym Roku.


Sylwester zbliża się wielkimi krokami. To będzie da mnie już drugie powitanie Nowego Roku we Francji. W ubiegłym roku spędziłam tu tydzień swoich wakacji, właśnie na przełomie grudnia i stycznia. Pamiętam, że o północy, zamiast świętować i pić szampana, zalałam się łzami. Nie wiedzieliśmy jeszcze jaka czeka nas przyszłość, gdzie będziemy mieszkać, jak przetrwamy prawie 5 miesięcy osobno podczas misji V. Wiedzieliśmy, że czeka nas bardzo trudny rok. 

Tak też było. Rok 2015 był pełen łez, doświadczeń, nadziei, decyzji i wyborów. Przetrwaliśmy czas rozłąki podczas misji w Afryce, podczas której zdecydowaliśmy o mojej wyprowadzce. Razem też przeżyliśmy chwile załamania i kryzysy. Naprawdę nie mieliśmy pojęcia czy to ma prawo się udać. Nawet wtedy, kiedy już wszystkie moje bagaże zapakowane były do ciężarówki, a dom świecił pustkami, zastanawiałam się czy to dzieje się naprawdę i czy za chwilę nie obudzę się z dziwnego snu.

Były też momenty, z którymi musiałam poradzić sobie sama. Pamiętam jak trzęsła mi się ręka, kiedy podpisywałam swoje wpowiedzenie z pracy. Zrezygnowałam wtedy z czegoś, co dawało mi poczucie bezieczeństwa i radość. Kiedy żegnałam moich przyjaciół, rodzinę, żadne słowa nie mogły sprawić, że przestanę się bać.

No i wreszcie Francja. Papiery, urzędy, strach, nauka i wstyd, że nie umiem poprosić o 20 dkg. sera w sklepie. Wszystko nowe, obce i pozbawione jakichkolwiek skojarzeń i wspomnień.

Kiedy myślę o tym wszystkim co się wydarzyło, jakich dokonałam wyborów, czuję, że po raz pierwszy kieruję swoim życiem. Nawet jeśli nie wiem co przyniosą kolejne dni, czy podejmuję słuszne decyzje, to wiem jedno - idę do przodu z otwartymi oczami. I nie pozwalam nikomu ciągnąć mnie w inną stronę. 


Ostatnio rozmawiałam z moją koleżanką, która podjęła w tym roku dokładnie takie same decyzje jak ja. Ją też Miłość zaprowadziła do kraju serem i winem płynącym. Razem wspieramy się w walce z urzędami, w szukaniu pracy i nauce języka.

Powiedziała mi, że czuje, że to będzie dobry rok. 

Też to czuję. Teraz dopiero wszystko się zacznie. Nauczę się żyć od nowa. 

Oczywiście mam też postanowienie noworoczne. Jedno, jedyne.


Jeśli ktokolwiek, kiedykolwiek w mojej obecności powie złe słowo na temat polskich urzędów, procedur czy terminów, przysięgam użyć conajmniej miecza świetlnego żeby go uciszyć.

We Francji jestem od 70 dni. Przed wyjazdem bałam się miliona rzeczy, ale najbardziej tęsknoty. Wiedziałam już co ona oznacza, ale wcześniej dotyczyła tylko jednej osoby, teraz miała dotyczyć wszystkich moich bliskich.

Ahhh po cóż ja się w ogóle martwiłam! Francuskie urzędy skutecznie nie pozwalają mi myśleć o tęsknocie. Jedyne o czym bowiem marzę, to przejść się do polskiego urzędu miasta, albo urzędu skarbowego, gdzie co prawda nikt się do mnie nie uśmiechnie, ale szybko i sprawnie załatwi sprawę i udzieli wszystkich informacji! Zawsze takich samych, niezależnie do którego okienka trafię, na jaką panią urzędnik i o jakiej porze dnia.

Pora ma tutaj bowiem zasadnicze znaczenie! Jeśli we Francji chcemy załatwić kilka różnych spraw, to musimy pamiętać, że prawie wszystkie urzędy, sklepy, biura, apteki, piekarnie, właściwie prawie wszystkie miejsca są nieczynne w porze obiadowej, czyli w południe. Ale żeby nie było zbyt prosto, przerwa w każdym z tych miejsc kończy się o innej porze! Niektórzy wracają do pracy dopiero o 14...

Wiem, wiem. Z tego wpisu zieje złość i rozgoryczenie. Nic na to nie poradzę. Próbujemy zorganizować dla mnie bowiem kurs francuskiego, na którym zależy mi bardzo. Na taki kurs powinnam zostać skierowana przez urząd pracy. Przynajmniej takie informacje uzyskaliśmy w kilku różnych źródłach. Okazuje się jednak, że albo nie ma takich kursów w ogóle, albo są, ale nie dla obywateli UE.

Poza tym od dwóch miesięcy czekamy na nadanie mi le numéro sécurité sociale, czegoś na wzór połączenia polskiego NIP-u i PESEL-u. Nikt, ale to absolutnie nikt, nie ma pojęcia ile to jeszcze potrwa. Jedni twierdzą, że trwa to od 2 tygodni do 2 mięsiecy, inni straszą opcją półroczną.

Na czas oczekiwania zostałam więc wciągnięta do numeru mojego spacsowanego konkubenta. Ale to oczywiście nie załatwia sprawy. Bo wersje dotyczące tego, czy mogę pracować na jego numerze, są przeróżne. Pani w urzędzie wydającym numery powiedziała nam, że absolutnie nie, ale możemy udać się do agencji pracy, bo oni są przyzwyczajeni do taich sytuacji... Nie bardzo jednak potrafiła powiedzieć co to zmieni.


Apeluję więc do wszystkich tych, którzy żyją we Francji - pomóżcie!! Jaka jest recepta żeby to przetrwać? Jak nauczyć się tu funkcjonować?

Do tych, którzy mieszkają w Polsce - nie narzekajcie proszę... To nic, że pani w okienku burczy i się nie uśmiecha. Przynajmniej szybko i sprawnie zajmuje się tym co do niej należy. ;-)
Miniony weekend upłynął nam pod znakiem Marché de Noël, czyli jarmarku Bożonarodzeniowego. Magia tego świątecznego wydarznia mnie zachwyciła. Piszę o wydarzeniu, a nie o miejscu, bo to coś więcej niż plac, gdzie możemy zaopatrzyć się we francuskie specjały. 

Marché de Noël możemy podziwiać w całej Francji. Nawet w takim maleńkim mieście w jakim mieszkamy i my. Zaczął się w sobotni wieczór i trwał przez całą niedzielę.

Niezwykłe było dla mnie to, że jarmark zaczął się wieczorną defiladą, pełną zaskakujących postaci. Wielu mieszkańców przygotowało ogromne figury Świętego Mikołaja, strażacy zbudowali drewniany wóz strażacki, a dzieci wystąpiły przebrane za domino i karty. Nie zabrakło oczywiście prawdziwego Świętego Mikołaja, który zasiadał w saniach ozdobionych mnóstwem świateł. 
Była orkiestra dęta, a nawet krowa i osiołek, które szły razem z nami :) 

Sam  jarmark był dla mnie magiczny. Mimo zimna, spędziliśmy cudowne chwile spacerując pomiędzy straganami. W powietrzu unosił się zapach pieczonych kasztanów i naleśników z czekoladą. Raczyliśmy się grzanym, czerwonym winem i podziwialiśmy francuskie rękodzieło, a na nasze głowy spadł nawet sztuczny śnieg! Myślałam, że nie poczuję magii Świąt, bo zabraknie mi polskich tradycji, ale udało się. Byłam zachwycona. 

Krowa i osiołek, które dzielnie towarzyszyły nam w defiladzie, zamieszkały w zabytkowej hali targowej i były częścią żywej szopki. Nikomu nie przeszkadzało jedzenie i picie w towarzystwie zwierząt i nikt nie wezwał sanepidu ;) 

Oczywiście najbardziej interesowały mnie tradycyjne przysmaki, Nougat z migdałami i żurawiną, cydr, wino, sery i kiełbasy we wszelkich możliwych przyprawach. Jadłam oczami! Przepięknie wyeksponowane, oświetlone smakołyki. Wspaniale było znaleźć się tam i poczuć co to znaczy, że jedzenie to sztuka i wielka przyjemność.

Zobaczcie sami, Mam nadzieję, że mimo słabej jakości zdjęć uda Wam się poczuć to co ja.
Całość zwieńczyły piękne fajerwerki, których niestety nie udało mi się uwiecznić.

Moje skarby

Nougat

Żywa szopka

Miody i konfitury

Hala targowa

Przepiękne ozdoby świąteczne

Rękodzieło

Nie było mnie kilka dni. Nie ukrywam, że powrót do Francji, po tygodniu spędzonym z przyjaciółmi i rodziną w Polsce, był bardzo trudny. Myśli kotłują się w głowie...
Każdy dzień jest tu jak znienawidzona przeze mnie niedziela... Bez pracy i zajęć. Zderzamy się z bezsensowną machinę biurokratyczną, która sprawia, że odnalezienie się w nowej rzeczywistości jest jeszcze trudniejsze.

Zastanawiam się od kilku dni po co mi było to wszystko. Czy nie lepiej było na początku tej drogi odwrócić się na pięcie, odejść od baru i zostawić tego nieznajomego chłopaka, kurczowo trzymającego telefon i próbującego mi coś wytłumaczyć za pomocą Google translate? 

Co mnie podkusiło żeby się z nim umówić? Mimo, że nie mówił w żadnym rozumianym przeze mnie języku i miał zostać w moim kraju tylko do końca swojej misji, czyli 3 miesiące. 

Czy nie lepiej byłoby, właśnie wtedy, powiedzieć sobie - Szkoda czasu!? 

Gdybym tak zrobiła, nie musiałabym stawiać swojego życia na głowie, rzucać wszystkiego co mam, uczyć się nowego języka i płakać w poduszkę z tęsknoty. Dalej miałabym swoich przyjaciół na wyciągnięcie ręki, sobotnie obiady u mamy i pracę która kocham. Byłabym bezpieczna.

I kiedy o tym wszystkim myślę, przychodzi On. Nie muszę nic mówić, bo wystarczy że spojrzy na mnie i już wie... Zamyka mnie w swoich ramionach i szepcze słowa, które już rozumiem. I przypominam sobie po co robimy to wszystko.

Dla tych chwil, dla tych okruchów, których nic nie zastąpi. 

Zakochani
Kończy się listopad, a jutro wylatuję na tydzień do Polski. Pewnie zasypię Was zdjęciami i będę dzielić się moim szczęściem :-) Ale zanim to nastąpi chciałam podsumować to co się kończy, czyli moje czterotygodniowe szkolenie angielskiego w turystyce. 

Oczywiście wolałabym żeby to był kurs francuskiego dla obcokrajowców, ale zawsze mówię, że nic nie dzieje się bez przyczyny. 

Na szkoleniu było nas na 12 osób. I myślę, że każdy z nas był tam "po coś". Ale nie każdy żeby uczyć się angielskiego ;-) Oczywiście chcąc nie chcąc uczyliśmy się w zawrotnym tempie. Nie ma innej opcji, jeśli przez 8 godzin rozmawiasz w obcym języku. 

Dla mnie jednak znacznie ważniejsze było to, że wyszłam z domu... Sama, w swojej własnej sprawie. Nie na zakupy, nie na randkę z V, nie do rodziny czy przyjaciół.  Wsiadłam w samochód, dotarłam na miejsce i swoim niepewnym głosem powiedziałam "Dzień dobry, oto jestem" ;-)

Nikt, kto nie robił takich prostych rzeczy w obcym kraju, nie będzie wiedział co to znaczy na prawdę. Co to znaczy bać się i chcieć uciec gdzie pieprz rośnie. 
Ale dałam radę! Dzięki swojej odwadze wiem, że potrafię, że mogę. 

No i najważniejsze: mam koleżanki i kolegę ;-) Mam tu kogoś do kogo mogę napisać i spotkać się. 

I jestem z siebie dumna! Przez 4 tygodnie uczyłam się dwóch języków jednocześnie, przełamywałam swój wstyd i strach, zmuszałam swój umysł do ogromnego wysiłku. 

Może na mój blog trafi ktoś, kto też będzie dopiero zaczynał swoją przygodę w obcym kraju. Nie ważne gdzie, nie ważne z kim. Ważne, żeby pamiętać, że możemy więcej niż podpowiada nam nasz strach. Nawet jeśli kosztuje to wiele wysiłku, to dzięki temu jesteśmy innymi ludźmi. Wzrastamy i wydobywamy z siebie to, co najlepsze. Siłę, o której nie mieliśmy pojęcia!


13.11.2015

Z każdą nową, pojawiającą się informacją otwierałam coraz szerzej oczy i zaciskałam pięści. Z każdą minutą docierała do mnie skala tego co się dzieje. 

Chwilę później złapaliśmy za telefony żeby upewnić się, że bliscy nam ludzie mieszkający w Paryżu są bezpieczni. Zaczęli dzwonić i pisać moi przyjaciele i rodzina z Polski. 
Siedzieliśmy przed telewizorem do późnej nocy, obejmując się i płacząc.

Pisałam już na swoim Facebooku, że w mojej głowie nie mieści się taka ilość zła. Nie pojmę nigdy tego co się stało. Czuję, że uderzyło to nie tylko w Europę, Francję i bliskich zabitych osób. Uderzyło to też we mnie. Jak rozpędzona ciężarówka. 

Jestem we Francji od czterdziestu dni. Mój zachwyt tym miejscem pojawił się niedawno, ale głównie dzięki wolności, umiłowaniu piękna i drobnych przyjemności, które są tu wszechobecne. Powietrze smakuje wolnością. 

Terroryści uderzyli w to co najpiękniejsze w tym kraju. W wartości, które Francuzi mają wypisane w sercach. Wiedzieli gdzie uderzyć żeby bolało najbardziej. Ale kiedy ktoś chce zabrać coś, co znaczy dla nas wiele, naturalny jest też gniew. Dziś zobaczyłam ten gniew na własne oczy. Zobaczyłam Francuzów pełnych strachu, ale i pewności, że nie poddadzą się bez walki. 

I jak mantrę powtarzają, że trzeba żyć. Że trzeba dalej celebrować życie. Usiąść na tarasie restauracji i napić się wina z przyjaciółmi, spacerować, podróżować i pracować.


Mój weekend był pełen łez i strachu. Jestem w obcym kraju, nie rozumiem wszystkiego o czym debatują politycy i przeciętni Francuzi. Jestem w kraju, o którym Europa mówi multi-kulti, a terroryści straszą kolejnymi atakami. Moje ojczyzna jest względnie bezpieczna i mogłabym tam wrócić żeby nie narażać się na niebezpieczeństwo, jak sugerowało mi kilka osób. Mogłabym, ale tego nie zrobię. Bo terroryzm to problem nas wszystkich. Bo wyjechać znaczyłoby uciec, stchórzyć. A ja tak nie chcę. Przyjechałam tu dla Miłości. Wielkiej siły, która zmienia świat na lepsze, a której jest tak niewiele wokół nas. A zło, jakkolwiek wielkie by nie było, nie może tego zniszczyć! Wiec wezmę przykład z Francuzów. I będę żyć. I robić wszystko co możliwe, żeby wokół mnie było jak najwięcej dobra i Miłości.



Obiecałam Wam relację z mojego pierwszego tygodnia szkolenia, na które wysłał mnie tutajszy urząd pracy czyli "pole emploi". Na moje nieszczęście, nie mógł to być kurs francuskiego dla obcokrajowców, a jedynie języka angielskiego w turystyce.

Przyjechałam więc do Francji żeby uczyć się języka Szekspira. Ma to swoje plusy i minusy, ale przede wszystkim wywołało mój ogromny strach. Też tak macie? Kiedy wiecie, że będziecie w nowej grupie, ale nie będziecie tacy jak reszta? Będziecie odstawać? Ja bardzo nie lubię być w czymś słaba, kiepska. 

Odchorowałam więc pierwszy, bardzo stresujący dzień. Odchorowałam fizycznie i psychicznie. Pierwszy, organizacyjny dzień, cały w języku francuskim, pełen słownictwa, którego nie znam i nie rozumiem. Musiałam się przedstawić i opowiedzieć o sobie przed całą grupą. PO FRANCUSKU! Nie pytajcie jak się czułam po powrocie do domu. 

Ale wtorek przyniósł już nowe wyzwania i czułam się lepiej. Na kursie rozmawiamy już teraz tylko po angielsku, więc nie odstaję od reszty. Wszyscy jesteśmy w takiej samej sytuacji. Cała grupa. A grupę mam wspaniałą! Przemili, bardzo pomocni ludzie, z masą interesujących doświadczeń. Wielu z nich mieszkało za granicą. Tajlandia, Kuba, Chiny... Nie spodziewałam się takiej niesamowitej mieszanki historii na szkoleniu z urzędu pracy. Co prawda w Polsce nigdy nie uczestniczyłam w niczym podobnym, ale raczej inaczej to sobie wyobrażam.

Szkoleniowcy są magiczni. Szczególnie Fabrice, który 20 lat jeździł po świecie. Był w Stanach, w Meksyku, na Jamajce. Mieszkał tam wiele lat. Jest niesamowicie optymistycznie natawionym do życia człowiekiem. Na szkoleniu tańczy, śpiewa, żartuje. A my razem z nim. Wspaniały czas!

Zaskoczyło mnie również to, że w planach mamy kilka wyjść i wyjazdów. Pierwszy z nich odbył się wczoraj. Pojechaliśmy na wycieczkę do portowego miasteczka Honfleur. Niesamowity klimat. Wąskie uliczki, stare, drewniane domy w magicznych kolorach. Bajka! 
No i wspinaczka na górę widokową i panorama miasta, ale też widok na otwarte morze i most Normandzki, mierzący ponad 2 kilometry długości. 

Ale dla mnie najcenniejsze w całej tej historii jest to, że znalazłam koleżankę! Moja pierwsza, samodzielnie zawarta znajomość we Francji. Patricia jest mega energiczną i szalenie pomocną osobą. Ma 36 lat, ale energię 15-to latki. 
Dla mnie to cudowne móc napisać sms-a, czy zadzwonić tutaj do kogoś, kogo znam tylko ja, a nie cała rodzina i przyjaciele mojego V. Mój człowiek we Francji!

Do drzwi zapukał LĘK, otworzyła mu ODWAGA. Za drzwiami nie było nikogo...

Honfleur
Honfleur

Panorama Honfleur

Honfleur Hotel Ferme Saint Simèon

Honfleur

Honfleur kościół Notre Dame de Grâce

Honfleur

Honfleur - widok na kamienice wzdłuż portu

Honfleur

Honfleur



Tam dom Twój, gdzie serce Twoje. Ha! Łatwo powiedzieć. A co powiedzieć wtedy, kiedy jesteś w domu, a jedyne co potrafisz z siebie wydusić to: "ja chcę do domu!"? Oczywiście zalewając się przy tym rzewnymi łzami. 

Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Dopiero dzisiaj o tym pomyślałam. Bo wczoraj po raz pierwszy, będąc we Francji, wykrzyczałam te słowa. Po raz pierwszy marzyłam o tym żeby zwinąć się w kłębek w swojej kawalerce w Polsce i poczuć się bezpiecznie. 

Wczoraj po raz pierwszy zrozumiałam, ile wysiłku kosztuje mnie i moje ciało przeprowadzka do innego kraju, przezwyciężenie swoich lęków, zaryzykowanie wszystkiego. Teraz rozumiem, że rzuciłam się w przepaść. Wydawało mi się, że jestem przygotowana, mam wszystkie zabezpieczenia. Już nie jestem tego taka pewna. To się okaże. Ciągle przecież lecę.

Dowiedziałam się też dzięki temu zupełnie czegoś innego. Że wyjście ze swojej strefy komfortu pozwala żyć. Dopiero wtedy poznajemy prawdę o sobie. Ile jesteśmy warci, z jakiej gliny jesteśmy ulepieni i co tkwi w naszych głowach i sercach. 

Za chwilę minie miesiąc. Tracę grunt pod nogami. Ale przecież nie pierwszy raz, i nie ostatni.
Obiecałam Wam ten post wczoraj. Jednak mały bébé Louka, którym się zajmuję, nie chciał spać. Także reklamacje proszę składać do niego ;-)

Miałam opowiedzieć Wam czym jest pacs, czyli rzecz, która u nas jest teraz na tapecie. Oficjalna nazwa to "pact civil de solidarité", czyli obywatelska umowa solidarności. Wg. mnie to taki ślub bez ślubu, albo inaczej zalegalizowany konkubinat. Coś, czego w Polsce nie ma, a może by się przydało.

We Francji można zawrzeć pacs niezależnie od płci. Wystarczy mieszkać razem i zaświadczyć zgodnie, że nie jest się spokrewnionym ani spowinowaconym.

Dzięki temu możemy wspólnie rozliczać się z podatków, być ubezpieczonym przy partnerze itp. Dla nas jest to również droga do uzyskania przeze mnie wojskowej legitymacji, uprawniającej do zniżkowych przejazdów koleją.

Od praktycznej strony, dla Polaków chcących zawrzeć pacs: dokumenty, które będą Wam potrzebne, to dowód osobisty i jego kserokopia, skrócony odpis aktu urodzenia i tłumaczenie przysięgłe w oryginale, zaświadczenie o stanie cywilnym i jego tłumaczenie przysięgłe w oryginale. Te dwa dokumenty muszą być nie starsze niż 6 miesięcy. Dodatkowo należy wydrukować ze strony ambasady polskiej we Francji okólnik w języku francuskim, mówiący, że w polskim prawie nie istnieje pacs, więc dokumentem zaświadczającym, że jesteśmy stanu wolnego, jest ten o stanie cywilnym. Jednak jako obcokrajowcy musimy również uzyskać z paryskiego trybunału zaświadczenie, że nigdy nie byliśmy spacsowani. Można o nie wystąpić listownie. Oczywiście tego dokumentu właśnie nam brakowało, więc sprawa jak zwykle we Francji przeciągnie się do "niewiadomokiedy".

Dla mnie pacs to trochę zmierzenie się ze swoim strachem... ślub, biała sukienka, jakieś przysięgi... uhhh! Na szczęście pacs nie ma z tym nic wspólnego. Nikt nie zawiera go w białej sukience, ani pod krawatem. Do urzędu idzie się z marszu.

A co najważniejsze, do rozwiązania porozumienia wystarczy wola jednej osoby. Nie ma rozpraw, wystarczy wysłać oświadczenie o odstąpieniu od pacs. Druga osoba zostaje powiadomiona o fakcie na piśmie.

Jak Wam się podoba takie rozwiązanie?


Zaczynam poznawać okolicę, w której mieszkam. I powiem Wam, że jest pięknie. Żałuję, że Polska była tak zniszczona przez wojnę. Straciliśmy nieodwracalnie tak wiele pięknych miejsc. Nie zdawałam sobie sprawy jak moje serce tęskni za pięknymi miejscami, za miastem, które nawet jeśli jest wielkie i tłoczne, nie traci swojego blasku i uroku. Nie jest skupiskiem blokowisk i szklanych domów. W takich miastach jak tu, serce zaczyna bić trochę inaczej, trochę spokojniej. 

Zrobiliśmy sobie dzisiaj, przy okazji załatwiania papierologii, małą przejażdżkę do położonego 15 km. od nas miasteczka Falaise. Jest urocze. Sami zobaczcie.

Falaise
Falaise

Falaise

Falaise Château Guillaume-le-Conquérant


Moja przygoda z Francją zaczęła się mniej więcej rok temu. Nie mogę powiedzieć żebym zakochała się w niej od pierwszego wejrzenia. Dopiero teraz, kiedy tu mieszkam, powoli zaczynam rozumieć różnice między Polską, a Francją i je doceniać.

W planie miałam dzisiaj napisać dla Was post o tych wszystkich ciekawostkach, ale jak tylko zaczęłam, okazało się, że jest tego tak dużo, że muszę je podzielić na części.
Zaczniemy więc od mojego ulubionego tematu czyli od:

Jedzenia

To chyba oczywiste i pierwsze co przychodzi do głowy kiedy myślimy o Francji. Nauralnie Francuzi jedzą wszystko co kryje się w morzu. I wcale nie obchodzi ich jak to wygląda. Biorą przedziwne muszle w ręce i wydobywają z nich jeszcze dziwniejsze zawartości.

Morskie ślimaki
No i francuskie śniadania! Osobiście uwielbiam jeść je na słodko, ale ich czekoladowe ciasteczka przebijają wszystko. Gdyby zobaczyli parówki i jajecznicę na boczku na polskim stole... Jeśli we Francji narzekam na mały wybór produktów zbożowych, tak ilość ciastek i przekąsek potrafi przyprawić o zawrót głowy. Długo zastanawiałam się dlaczego są tacy szczupli mimo tych wszystkich łakoci. Okazuje się, że ich recepta to umiar. Nawet jeśli jedzą kaloryczne produkty, takie jak pszenne bagietki, croissant'y czy ciastka, to jedzą ich bardzo mało. Ograniczają się do 3 posiłków dziennie i są one mniej obfite niż w Polsce. Oczywiście na śniadaniu słodkości się nie kończą. Desery to perełka w kuchni francuskiej. Mój ukochany crème brûlée, tarty, czy proste naleśniki z Nutellą i bananami. Nie muszę chyba pisać jak smakują.

Śniadanie w Paryżu


Crème brûlée

Niech Was nie zmyli herbata na zdjęciu powyżej. Jest moja! Francuzi nie mają w zwyczaju jej pić. Brat mojego V. zapytał mnie co pływa w moim kubku kiedy parzyłam prawdziwą, zielona herbatę. Był wyraźnie zniesmaczony. ;) 

Nauczyłam się też, że tutaj należy zjeść solidny posiłek przed wyjściem na proszoną kolację. Ich tradycja jedzenie jest zupełnie inna niż polska. Zaproszenie na 19, nie oznacza wcale, że o tej godzinie podana będzie kolacja. Nie oznacza też wcale, że goście przyjdą o 19. Godzina jest orientacyjna, a wieczór zaczyna się zawsze od apéritif. Nie chodzi tylko o alkohol. Apéro to też przekąski. Kiełbaski, czyli francuskie saucisson, pistacje, ale też cała masa chipsów i słonych przekąsek, na które Francuzi nie mają osobnej nazwy. Dla nich wszystko to ciastka czyli gâteau. Zdarzyło mi się jeść suchą bagietkę w oczekiwaniu na danie główne, tyle trwał apéritif, a ja przyszłam z pustym żołądkiem.

Sery... Jestem serową dziewczyną, ale nawet mnie odstraszają te najintensywniej pachnące. Ale te pozostałe... niebo w gębie. Są doskonałe. Wspaniałe sery można kupić na targach, które odbywają się w różne dni tygodnia, w różnych miastach. Ceny też są niesamowite. Za kilogram sera można zapłacić nawet 30 euro. Jedyny ser, którego nie można dostać we Francji to twaróg. Więc jeśli ktoś chciałby wysyłać do mnie paczkę żywnościową, to koniecznie z tawrogiem ;)

Wybór serów na targu w Saint Pierre sur Dives 

Hala targowa Saint Pierre sur Dives

No i wreszcie pieczywo. Jest wspaniałe. Chrupiące, ale niezbyt twarde. Wybór jest ogromny, ale nawet najtańsza bagietka jest smaczniejsza niż nasz chleb czy kajzerka. Brakuje mi tylko prawdziwego razowego, mokrego i ciężkiego chleba z ziarnami.

Jednak to, co mnie do tej pory najbardziej przeraża i zachwyca jednocześnie, to ilość gotowych produktów w sklepach. Można kupić gotowe naleśniki, tosty, dania makaronowe, sałatki. Nie byłoby może w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że są smaczne!

Jeśli chodzi więc o jedzenie, problem mam niemały. I to wcale nie przez brak niektórych ulubionych przeze mnie produktów. Wręcz przeciwnie! Jest tu tyle cudowności, że wiele mnie kosztuje nie jedzenie wszystkiego na raz!

A Wy byliście kiedyś we Francji? Lubicie francuską kuchnię? 

Pod moim ostatnim zdjęciem opublikowanym na Facebooku i Instagramie, przedstawiającym przepyszną i całkiem nie-fit pizzę, wywiązała się krótka rozmowa. Okazało się, że moje stwierdzenie, że miłość nie idzie w parze z byciem fit, jest tylko doskonałą wymówką, bo single mają takie same rozważania.

Trzeba się otwarcie przyznać, że zawaliłam ostatnie 3 tygodnie w tym temacie. Po długim mieszkaniu w pojedynkę, nieustannej tęsknocie, zrobiło mi się tak dobrze i miło kiedy V. przyjechał zabrać mnie do siebie. Popłynęłam troszkę.

Ale nie ma się co dziwić. Przepyszne francuskie pieczywo (ahhh te bagietki), owoce morze (mule - szczególnie w sosie roquefort) i cudowne desery (wszystkie!), to coś, czego nie miałam na codzień. Na dodatek cała moja fit rutyna została postawiona ma głowie.  Popołudniowa sieste i brak niektórych fit produktów w sklepach (najbardziej żal twarogu).

Zapadła więc decyzja: udowodnić sobie, że szczęśliwe zakochanie nie usprawiedliwia lenistwa i pobłażania sobie! Od dzisiaj wracam na dobrze mi znane tory. Minimum 4 treningi w tygodniu, zdrowe jedzenie i nie podjadanie!!! Ktoś podejmuje ze mną wyzwanie? Razem łatwiej! 

Na dowód moich dzisiejszych poczynań - relacja foto. Jedyny grzech to małe piwo grejpfrutowe. Wybaczycie? 


Kto lubi pożegnania? Przyznać się! Pewnie niewielu, a na pewno nie ja. Czasami jednak żegnać się trzeba. I co wtedy? Nie mam niestety na to żadnej rady. Bo co tu można powiedzieć? Zacisnąć zęby, przeczekać, płakać, zapomnieć? 

Historia moich pożegnań wiele mnie nauczyła i mam nadzieję, że i w Was coś pozostawi.

Najczęściej o tym, że trzeba się pożegnać, wiemy na długo przed samym faktem. Ale czasami wydaje się, że to nic wielkiego, taka kolej rzeczy. Tak było i z nami.

O tym, że kiedyś trzeba będzie się pożegnać, wiedzieliśmy przy pierwszej wymianie zdań (przy użyciu Google translate rzecz jasna). Widmo pożegnania towarzyszyło każdej rozmowie, szło z nami na spacer i na kolację. Na początku małe ukłucie żalu, przeganiane jak najszybciej z głowy. Żadne z nas nie chciało pierwsze przyznać, że chce oprócz pożegnania, przeżyć też  powitanie. A przecież o ile łatwiej jest się żegnać, jeśli wiemy, że wkrótce się spotkamy.

Tych pożegnań i powitań przeżyliśmy wiele w ciągu ostatniego roku. Ale najgorsze są te rozstania, gdy nie znamy daty kolejnego spotkania.

W marcu 2015 byłam na 5 dni we Francji. Najkrótsze 5 dni w moim życiu.

Wiedzieliśmy co nas czeka i że nie wiadomo kiedy znów się zobaczymy. I weź tu, w takiej sytuacji, znajdź siłę żeby powiedzieć au revoir i przejść przez bramki na lotnisku. Nie pamiętam dokładnie, ale chyba musiałam ją znaleźć, bo dotarłam do Polski. I kiedy ja próbowałam poradzić sobie z narastającą tęsknotą, mój V. pakował się na misję do Afryki...

Dla mnie ostatni miesiąc był bogatszy w pożegnania, niż cały ubiegły rok. Rodzina, przyjaciele. Uściski, pocałunki i łzy. Ale byłam już mądrzejsza. Patrzyłam wstecz i wiedziałam że będzie trudno, że będę tęsknić i płakać, że nic nie będzie już takie jak przedtem. Wiedziałam też, że 

nie czas, nie przestrzeń, a serce decyduje o bliskości!

Teraz już tak będzie. Nieustannie będę się żegnać, wracać, wyjeżdżać. Ale to jest piękne. Każda łza wylana na lotnisku mówi mi, że mam Miłość. Że kocha mnie wielu ludzi, a ja kocham ich. I to właśnie te pożegnania pokazały mi, że tak jest. Że żegnać się ze smutkiem, to znaczy kochać.

Powitanie na lotnisku



Mówi się, że statek jest bezpieczny kiedy stoi w porcie. Ale mówi się również, że nie po to buduje sie statki... Wypłynęłam więc na szerokie wody.
Historia jest prosta,a niektórzy mówią, że na dodatek piękna. ON - francuski żołnierz na misji w jej kraju. ONA - polska dziewczyna ze wspaniałym życiem, pasją, dobrą pracą, cudownymi przyjaciółmi i rodziną. ON - nie zna słowa w jej języku, ONA mówi "merci" i "je t'aime". Nie tak to planowali, jak to zazwyczaj bywa. Ale spotkali się, pokochali i nie wiedzieli co z tym zrobić. 

Decyzja prosta nie była. Ale jako, że kobiety to ta odwazniejsza płeć, oto jestem! Od dwóch tygodni mieszkanka deszczowej Normandii. Witam się z Wami i obiecuję opowiedzieć więcej o mojej wielkiej przygodzie.

Pozdrawiam słonecznie mimo deszczowej aury.