Obiecałam Wam ten post wczoraj. Jednak mały bébé Louka, którym się zajmuję, nie chciał spać. Także reklamacje proszę składać do niego ;-)

Miałam opowiedzieć Wam czym jest pacs, czyli rzecz, która u nas jest teraz na tapecie. Oficjalna nazwa to "pact civil de solidarité", czyli obywatelska umowa solidarności. Wg. mnie to taki ślub bez ślubu, albo inaczej zalegalizowany konkubinat. Coś, czego w Polsce nie ma, a może by się przydało.

We Francji można zawrzeć pacs niezależnie od płci. Wystarczy mieszkać razem i zaświadczyć zgodnie, że nie jest się spokrewnionym ani spowinowaconym.

Dzięki temu możemy wspólnie rozliczać się z podatków, być ubezpieczonym przy partnerze itp. Dla nas jest to również droga do uzyskania przeze mnie wojskowej legitymacji, uprawniającej do zniżkowych przejazdów koleją.

Od praktycznej strony, dla Polaków chcących zawrzeć pacs: dokumenty, które będą Wam potrzebne, to dowód osobisty i jego kserokopia, skrócony odpis aktu urodzenia i tłumaczenie przysięgłe w oryginale, zaświadczenie o stanie cywilnym i jego tłumaczenie przysięgłe w oryginale. Te dwa dokumenty muszą być nie starsze niż 6 miesięcy. Dodatkowo należy wydrukować ze strony ambasady polskiej we Francji okólnik w języku francuskim, mówiący, że w polskim prawie nie istnieje pacs, więc dokumentem zaświadczającym, że jesteśmy stanu wolnego, jest ten o stanie cywilnym. Jednak jako obcokrajowcy musimy również uzyskać z paryskiego trybunału zaświadczenie, że nigdy nie byliśmy spacsowani. Można o nie wystąpić listownie. Oczywiście tego dokumentu właśnie nam brakowało, więc sprawa jak zwykle we Francji przeciągnie się do "niewiadomokiedy".

Dla mnie pacs to trochę zmierzenie się ze swoim strachem... ślub, biała sukienka, jakieś przysięgi... uhhh! Na szczęście pacs nie ma z tym nic wspólnego. Nikt nie zawiera go w białej sukience, ani pod krawatem. Do urzędu idzie się z marszu.

A co najważniejsze, do rozwiązania porozumienia wystarczy wola jednej osoby. Nie ma rozpraw, wystarczy wysłać oświadczenie o odstąpieniu od pacs. Druga osoba zostaje powiadomiona o fakcie na piśmie.

Jak Wam się podoba takie rozwiązanie?


Zaczynam poznawać okolicę, w której mieszkam. I powiem Wam, że jest pięknie. Żałuję, że Polska była tak zniszczona przez wojnę. Straciliśmy nieodwracalnie tak wiele pięknych miejsc. Nie zdawałam sobie sprawy jak moje serce tęskni za pięknymi miejscami, za miastem, które nawet jeśli jest wielkie i tłoczne, nie traci swojego blasku i uroku. Nie jest skupiskiem blokowisk i szklanych domów. W takich miastach jak tu, serce zaczyna bić trochę inaczej, trochę spokojniej. 

Zrobiliśmy sobie dzisiaj, przy okazji załatwiania papierologii, małą przejażdżkę do położonego 15 km. od nas miasteczka Falaise. Jest urocze. Sami zobaczcie.

Falaise
Falaise

Falaise

Falaise Château Guillaume-le-Conquérant


Moja przygoda z Francją zaczęła się mniej więcej rok temu. Nie mogę powiedzieć żebym zakochała się w niej od pierwszego wejrzenia. Dopiero teraz, kiedy tu mieszkam, powoli zaczynam rozumieć różnice między Polską, a Francją i je doceniać.

W planie miałam dzisiaj napisać dla Was post o tych wszystkich ciekawostkach, ale jak tylko zaczęłam, okazało się, że jest tego tak dużo, że muszę je podzielić na części.
Zaczniemy więc od mojego ulubionego tematu czyli od:

Jedzenia

To chyba oczywiste i pierwsze co przychodzi do głowy kiedy myślimy o Francji. Nauralnie Francuzi jedzą wszystko co kryje się w morzu. I wcale nie obchodzi ich jak to wygląda. Biorą przedziwne muszle w ręce i wydobywają z nich jeszcze dziwniejsze zawartości.

Morskie ślimaki
No i francuskie śniadania! Osobiście uwielbiam jeść je na słodko, ale ich czekoladowe ciasteczka przebijają wszystko. Gdyby zobaczyli parówki i jajecznicę na boczku na polskim stole... Jeśli we Francji narzekam na mały wybór produktów zbożowych, tak ilość ciastek i przekąsek potrafi przyprawić o zawrót głowy. Długo zastanawiałam się dlaczego są tacy szczupli mimo tych wszystkich łakoci. Okazuje się, że ich recepta to umiar. Nawet jeśli jedzą kaloryczne produkty, takie jak pszenne bagietki, croissant'y czy ciastka, to jedzą ich bardzo mało. Ograniczają się do 3 posiłków dziennie i są one mniej obfite niż w Polsce. Oczywiście na śniadaniu słodkości się nie kończą. Desery to perełka w kuchni francuskiej. Mój ukochany crème brûlée, tarty, czy proste naleśniki z Nutellą i bananami. Nie muszę chyba pisać jak smakują.

Śniadanie w Paryżu


Crème brûlée

Niech Was nie zmyli herbata na zdjęciu powyżej. Jest moja! Francuzi nie mają w zwyczaju jej pić. Brat mojego V. zapytał mnie co pływa w moim kubku kiedy parzyłam prawdziwą, zielona herbatę. Był wyraźnie zniesmaczony. ;) 

Nauczyłam się też, że tutaj należy zjeść solidny posiłek przed wyjściem na proszoną kolację. Ich tradycja jedzenie jest zupełnie inna niż polska. Zaproszenie na 19, nie oznacza wcale, że o tej godzinie podana będzie kolacja. Nie oznacza też wcale, że goście przyjdą o 19. Godzina jest orientacyjna, a wieczór zaczyna się zawsze od apéritif. Nie chodzi tylko o alkohol. Apéro to też przekąski. Kiełbaski, czyli francuskie saucisson, pistacje, ale też cała masa chipsów i słonych przekąsek, na które Francuzi nie mają osobnej nazwy. Dla nich wszystko to ciastka czyli gâteau. Zdarzyło mi się jeść suchą bagietkę w oczekiwaniu na danie główne, tyle trwał apéritif, a ja przyszłam z pustym żołądkiem.

Sery... Jestem serową dziewczyną, ale nawet mnie odstraszają te najintensywniej pachnące. Ale te pozostałe... niebo w gębie. Są doskonałe. Wspaniałe sery można kupić na targach, które odbywają się w różne dni tygodnia, w różnych miastach. Ceny też są niesamowite. Za kilogram sera można zapłacić nawet 30 euro. Jedyny ser, którego nie można dostać we Francji to twaróg. Więc jeśli ktoś chciałby wysyłać do mnie paczkę żywnościową, to koniecznie z tawrogiem ;)

Wybór serów na targu w Saint Pierre sur Dives 

Hala targowa Saint Pierre sur Dives

No i wreszcie pieczywo. Jest wspaniałe. Chrupiące, ale niezbyt twarde. Wybór jest ogromny, ale nawet najtańsza bagietka jest smaczniejsza niż nasz chleb czy kajzerka. Brakuje mi tylko prawdziwego razowego, mokrego i ciężkiego chleba z ziarnami.

Jednak to, co mnie do tej pory najbardziej przeraża i zachwyca jednocześnie, to ilość gotowych produktów w sklepach. Można kupić gotowe naleśniki, tosty, dania makaronowe, sałatki. Nie byłoby może w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że są smaczne!

Jeśli chodzi więc o jedzenie, problem mam niemały. I to wcale nie przez brak niektórych ulubionych przeze mnie produktów. Wręcz przeciwnie! Jest tu tyle cudowności, że wiele mnie kosztuje nie jedzenie wszystkiego na raz!

A Wy byliście kiedyś we Francji? Lubicie francuską kuchnię? 

Pod moim ostatnim zdjęciem opublikowanym na Facebooku i Instagramie, przedstawiającym przepyszną i całkiem nie-fit pizzę, wywiązała się krótka rozmowa. Okazało się, że moje stwierdzenie, że miłość nie idzie w parze z byciem fit, jest tylko doskonałą wymówką, bo single mają takie same rozważania.

Trzeba się otwarcie przyznać, że zawaliłam ostatnie 3 tygodnie w tym temacie. Po długim mieszkaniu w pojedynkę, nieustannej tęsknocie, zrobiło mi się tak dobrze i miło kiedy V. przyjechał zabrać mnie do siebie. Popłynęłam troszkę.

Ale nie ma się co dziwić. Przepyszne francuskie pieczywo (ahhh te bagietki), owoce morze (mule - szczególnie w sosie roquefort) i cudowne desery (wszystkie!), to coś, czego nie miałam na codzień. Na dodatek cała moja fit rutyna została postawiona ma głowie.  Popołudniowa sieste i brak niektórych fit produktów w sklepach (najbardziej żal twarogu).

Zapadła więc decyzja: udowodnić sobie, że szczęśliwe zakochanie nie usprawiedliwia lenistwa i pobłażania sobie! Od dzisiaj wracam na dobrze mi znane tory. Minimum 4 treningi w tygodniu, zdrowe jedzenie i nie podjadanie!!! Ktoś podejmuje ze mną wyzwanie? Razem łatwiej! 

Na dowód moich dzisiejszych poczynań - relacja foto. Jedyny grzech to małe piwo grejpfrutowe. Wybaczycie? 


Kto lubi pożegnania? Przyznać się! Pewnie niewielu, a na pewno nie ja. Czasami jednak żegnać się trzeba. I co wtedy? Nie mam niestety na to żadnej rady. Bo co tu można powiedzieć? Zacisnąć zęby, przeczekać, płakać, zapomnieć? 

Historia moich pożegnań wiele mnie nauczyła i mam nadzieję, że i w Was coś pozostawi.

Najczęściej o tym, że trzeba się pożegnać, wiemy na długo przed samym faktem. Ale czasami wydaje się, że to nic wielkiego, taka kolej rzeczy. Tak było i z nami.

O tym, że kiedyś trzeba będzie się pożegnać, wiedzieliśmy przy pierwszej wymianie zdań (przy użyciu Google translate rzecz jasna). Widmo pożegnania towarzyszyło każdej rozmowie, szło z nami na spacer i na kolację. Na początku małe ukłucie żalu, przeganiane jak najszybciej z głowy. Żadne z nas nie chciało pierwsze przyznać, że chce oprócz pożegnania, przeżyć też  powitanie. A przecież o ile łatwiej jest się żegnać, jeśli wiemy, że wkrótce się spotkamy.

Tych pożegnań i powitań przeżyliśmy wiele w ciągu ostatniego roku. Ale najgorsze są te rozstania, gdy nie znamy daty kolejnego spotkania.

W marcu 2015 byłam na 5 dni we Francji. Najkrótsze 5 dni w moim życiu.

Wiedzieliśmy co nas czeka i że nie wiadomo kiedy znów się zobaczymy. I weź tu, w takiej sytuacji, znajdź siłę żeby powiedzieć au revoir i przejść przez bramki na lotnisku. Nie pamiętam dokładnie, ale chyba musiałam ją znaleźć, bo dotarłam do Polski. I kiedy ja próbowałam poradzić sobie z narastającą tęsknotą, mój V. pakował się na misję do Afryki...

Dla mnie ostatni miesiąc był bogatszy w pożegnania, niż cały ubiegły rok. Rodzina, przyjaciele. Uściski, pocałunki i łzy. Ale byłam już mądrzejsza. Patrzyłam wstecz i wiedziałam że będzie trudno, że będę tęsknić i płakać, że nic nie będzie już takie jak przedtem. Wiedziałam też, że 

nie czas, nie przestrzeń, a serce decyduje o bliskości!

Teraz już tak będzie. Nieustannie będę się żegnać, wracać, wyjeżdżać. Ale to jest piękne. Każda łza wylana na lotnisku mówi mi, że mam Miłość. Że kocha mnie wielu ludzi, a ja kocham ich. I to właśnie te pożegnania pokazały mi, że tak jest. Że żegnać się ze smutkiem, to znaczy kochać.

Powitanie na lotnisku



Mówi się, że statek jest bezpieczny kiedy stoi w porcie. Ale mówi się również, że nie po to buduje sie statki... Wypłynęłam więc na szerokie wody.
Historia jest prosta,a niektórzy mówią, że na dodatek piękna. ON - francuski żołnierz na misji w jej kraju. ONA - polska dziewczyna ze wspaniałym życiem, pasją, dobrą pracą, cudownymi przyjaciółmi i rodziną. ON - nie zna słowa w jej języku, ONA mówi "merci" i "je t'aime". Nie tak to planowali, jak to zazwyczaj bywa. Ale spotkali się, pokochali i nie wiedzieli co z tym zrobić. 

Decyzja prosta nie była. Ale jako, że kobiety to ta odwazniejsza płeć, oto jestem! Od dwóch tygodni mieszkanka deszczowej Normandii. Witam się z Wami i obiecuję opowiedzieć więcej o mojej wielkiej przygodzie.

Pozdrawiam słonecznie mimo deszczowej aury.