Kończy się listopad, a jutro wylatuję na tydzień do Polski. Pewnie zasypię Was zdjęciami i będę dzielić się moim szczęściem :-) Ale zanim to nastąpi chciałam podsumować to co się kończy, czyli moje czterotygodniowe szkolenie angielskiego w turystyce. 

Oczywiście wolałabym żeby to był kurs francuskiego dla obcokrajowców, ale zawsze mówię, że nic nie dzieje się bez przyczyny. 

Na szkoleniu było nas na 12 osób. I myślę, że każdy z nas był tam "po coś". Ale nie każdy żeby uczyć się angielskiego ;-) Oczywiście chcąc nie chcąc uczyliśmy się w zawrotnym tempie. Nie ma innej opcji, jeśli przez 8 godzin rozmawiasz w obcym języku. 

Dla mnie jednak znacznie ważniejsze było to, że wyszłam z domu... Sama, w swojej własnej sprawie. Nie na zakupy, nie na randkę z V, nie do rodziny czy przyjaciół.  Wsiadłam w samochód, dotarłam na miejsce i swoim niepewnym głosem powiedziałam "Dzień dobry, oto jestem" ;-)

Nikt, kto nie robił takich prostych rzeczy w obcym kraju, nie będzie wiedział co to znaczy na prawdę. Co to znaczy bać się i chcieć uciec gdzie pieprz rośnie. 
Ale dałam radę! Dzięki swojej odwadze wiem, że potrafię, że mogę. 

No i najważniejsze: mam koleżanki i kolegę ;-) Mam tu kogoś do kogo mogę napisać i spotkać się. 

I jestem z siebie dumna! Przez 4 tygodnie uczyłam się dwóch języków jednocześnie, przełamywałam swój wstyd i strach, zmuszałam swój umysł do ogromnego wysiłku. 

Może na mój blog trafi ktoś, kto też będzie dopiero zaczynał swoją przygodę w obcym kraju. Nie ważne gdzie, nie ważne z kim. Ważne, żeby pamiętać, że możemy więcej niż podpowiada nam nasz strach. Nawet jeśli kosztuje to wiele wysiłku, to dzięki temu jesteśmy innymi ludźmi. Wzrastamy i wydobywamy z siebie to, co najlepsze. Siłę, o której nie mieliśmy pojęcia!


13.11.2015

Z każdą nową, pojawiającą się informacją otwierałam coraz szerzej oczy i zaciskałam pięści. Z każdą minutą docierała do mnie skala tego co się dzieje. 

Chwilę później złapaliśmy za telefony żeby upewnić się, że bliscy nam ludzie mieszkający w Paryżu są bezpieczni. Zaczęli dzwonić i pisać moi przyjaciele i rodzina z Polski. 
Siedzieliśmy przed telewizorem do późnej nocy, obejmując się i płacząc.

Pisałam już na swoim Facebooku, że w mojej głowie nie mieści się taka ilość zła. Nie pojmę nigdy tego co się stało. Czuję, że uderzyło to nie tylko w Europę, Francję i bliskich zabitych osób. Uderzyło to też we mnie. Jak rozpędzona ciężarówka. 

Jestem we Francji od czterdziestu dni. Mój zachwyt tym miejscem pojawił się niedawno, ale głównie dzięki wolności, umiłowaniu piękna i drobnych przyjemności, które są tu wszechobecne. Powietrze smakuje wolnością. 

Terroryści uderzyli w to co najpiękniejsze w tym kraju. W wartości, które Francuzi mają wypisane w sercach. Wiedzieli gdzie uderzyć żeby bolało najbardziej. Ale kiedy ktoś chce zabrać coś, co znaczy dla nas wiele, naturalny jest też gniew. Dziś zobaczyłam ten gniew na własne oczy. Zobaczyłam Francuzów pełnych strachu, ale i pewności, że nie poddadzą się bez walki. 

I jak mantrę powtarzają, że trzeba żyć. Że trzeba dalej celebrować życie. Usiąść na tarasie restauracji i napić się wina z przyjaciółmi, spacerować, podróżować i pracować.


Mój weekend był pełen łez i strachu. Jestem w obcym kraju, nie rozumiem wszystkiego o czym debatują politycy i przeciętni Francuzi. Jestem w kraju, o którym Europa mówi multi-kulti, a terroryści straszą kolejnymi atakami. Moje ojczyzna jest względnie bezpieczna i mogłabym tam wrócić żeby nie narażać się na niebezpieczeństwo, jak sugerowało mi kilka osób. Mogłabym, ale tego nie zrobię. Bo terroryzm to problem nas wszystkich. Bo wyjechać znaczyłoby uciec, stchórzyć. A ja tak nie chcę. Przyjechałam tu dla Miłości. Wielkiej siły, która zmienia świat na lepsze, a której jest tak niewiele wokół nas. A zło, jakkolwiek wielkie by nie było, nie może tego zniszczyć! Wiec wezmę przykład z Francuzów. I będę żyć. I robić wszystko co możliwe, żeby wokół mnie było jak najwięcej dobra i Miłości.



Obiecałam Wam relację z mojego pierwszego tygodnia szkolenia, na które wysłał mnie tutajszy urząd pracy czyli "pole emploi". Na moje nieszczęście, nie mógł to być kurs francuskiego dla obcokrajowców, a jedynie języka angielskiego w turystyce.

Przyjechałam więc do Francji żeby uczyć się języka Szekspira. Ma to swoje plusy i minusy, ale przede wszystkim wywołało mój ogromny strach. Też tak macie? Kiedy wiecie, że będziecie w nowej grupie, ale nie będziecie tacy jak reszta? Będziecie odstawać? Ja bardzo nie lubię być w czymś słaba, kiepska. 

Odchorowałam więc pierwszy, bardzo stresujący dzień. Odchorowałam fizycznie i psychicznie. Pierwszy, organizacyjny dzień, cały w języku francuskim, pełen słownictwa, którego nie znam i nie rozumiem. Musiałam się przedstawić i opowiedzieć o sobie przed całą grupą. PO FRANCUSKU! Nie pytajcie jak się czułam po powrocie do domu. 

Ale wtorek przyniósł już nowe wyzwania i czułam się lepiej. Na kursie rozmawiamy już teraz tylko po angielsku, więc nie odstaję od reszty. Wszyscy jesteśmy w takiej samej sytuacji. Cała grupa. A grupę mam wspaniałą! Przemili, bardzo pomocni ludzie, z masą interesujących doświadczeń. Wielu z nich mieszkało za granicą. Tajlandia, Kuba, Chiny... Nie spodziewałam się takiej niesamowitej mieszanki historii na szkoleniu z urzędu pracy. Co prawda w Polsce nigdy nie uczestniczyłam w niczym podobnym, ale raczej inaczej to sobie wyobrażam.

Szkoleniowcy są magiczni. Szczególnie Fabrice, który 20 lat jeździł po świecie. Był w Stanach, w Meksyku, na Jamajce. Mieszkał tam wiele lat. Jest niesamowicie optymistycznie natawionym do życia człowiekiem. Na szkoleniu tańczy, śpiewa, żartuje. A my razem z nim. Wspaniały czas!

Zaskoczyło mnie również to, że w planach mamy kilka wyjść i wyjazdów. Pierwszy z nich odbył się wczoraj. Pojechaliśmy na wycieczkę do portowego miasteczka Honfleur. Niesamowity klimat. Wąskie uliczki, stare, drewniane domy w magicznych kolorach. Bajka! 
No i wspinaczka na górę widokową i panorama miasta, ale też widok na otwarte morze i most Normandzki, mierzący ponad 2 kilometry długości. 

Ale dla mnie najcenniejsze w całej tej historii jest to, że znalazłam koleżankę! Moja pierwsza, samodzielnie zawarta znajomość we Francji. Patricia jest mega energiczną i szalenie pomocną osobą. Ma 36 lat, ale energię 15-to latki. 
Dla mnie to cudowne móc napisać sms-a, czy zadzwonić tutaj do kogoś, kogo znam tylko ja, a nie cała rodzina i przyjaciele mojego V. Mój człowiek we Francji!

Do drzwi zapukał LĘK, otworzyła mu ODWAGA. Za drzwiami nie było nikogo...

Honfleur
Honfleur

Panorama Honfleur

Honfleur Hotel Ferme Saint Simèon

Honfleur

Honfleur kościół Notre Dame de Grâce

Honfleur

Honfleur - widok na kamienice wzdłuż portu

Honfleur

Honfleur



Tam dom Twój, gdzie serce Twoje. Ha! Łatwo powiedzieć. A co powiedzieć wtedy, kiedy jesteś w domu, a jedyne co potrafisz z siebie wydusić to: "ja chcę do domu!"? Oczywiście zalewając się przy tym rzewnymi łzami. 

Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Dopiero dzisiaj o tym pomyślałam. Bo wczoraj po raz pierwszy, będąc we Francji, wykrzyczałam te słowa. Po raz pierwszy marzyłam o tym żeby zwinąć się w kłębek w swojej kawalerce w Polsce i poczuć się bezpiecznie. 

Wczoraj po raz pierwszy zrozumiałam, ile wysiłku kosztuje mnie i moje ciało przeprowadzka do innego kraju, przezwyciężenie swoich lęków, zaryzykowanie wszystkiego. Teraz rozumiem, że rzuciłam się w przepaść. Wydawało mi się, że jestem przygotowana, mam wszystkie zabezpieczenia. Już nie jestem tego taka pewna. To się okaże. Ciągle przecież lecę.

Dowiedziałam się też dzięki temu zupełnie czegoś innego. Że wyjście ze swojej strefy komfortu pozwala żyć. Dopiero wtedy poznajemy prawdę o sobie. Ile jesteśmy warci, z jakiej gliny jesteśmy ulepieni i co tkwi w naszych głowach i sercach. 

Za chwilę minie miesiąc. Tracę grunt pod nogami. Ale przecież nie pierwszy raz, i nie ostatni.