Od jakiegoś czasu dostaję bardzo dużo sygnałów, że mnie czytacie :-) Ktoś słyszał o moim blogu siedząc u fryzjera, koleżanka doniosła mi, że zagląda tu jej wujek i wiem też ze sprawdzonych źródeł, że znalazła tego bloga moja wspaniała wychowawczyni z liceum :-) Swoją drogą wszystkie te osoby pozdrawiam z całego serca! Bardzo się cieszę, że nie piszę w próżnię. Jesteście mile widzianymi gośćmi.

Zastanawiam się tylko, czemu dowiaduję się o Was od innych, dlaczego nie dacie znać, że jesteście. Przecież ja czekam na każdy Wasz komentarz, każdy znak, że czytacie.

Ciekawa jestem kto jeszcze wpadł tu przypadkiem. Gdzie usłyszał o moim blogu, jakimi ścieżkami tu dotarł.  Dajcie znać kim jesteście, czy się znamy. Nawet jeśli nie, to mam nadzieję Was poznać. Nie pozostawajcie cyframi w statystykach!

Zostawcie komentarz tu albo na Facebooku jeśli Wam wygodniej. Sprawicie mi niezwykłą niespodziankę każdym pozostawionym słowem.

Ściskam każdego z Was, kto do mnie zajrzał kiedykolwiek. Moc cudowności w Nowym Roku.


Sylwester zbliża się wielkimi krokami. To będzie da mnie już drugie powitanie Nowego Roku we Francji. W ubiegłym roku spędziłam tu tydzień swoich wakacji, właśnie na przełomie grudnia i stycznia. Pamiętam, że o północy, zamiast świętować i pić szampana, zalałam się łzami. Nie wiedzieliśmy jeszcze jaka czeka nas przyszłość, gdzie będziemy mieszkać, jak przetrwamy prawie 5 miesięcy osobno podczas misji V. Wiedzieliśmy, że czeka nas bardzo trudny rok. 

Tak też było. Rok 2015 był pełen łez, doświadczeń, nadziei, decyzji i wyborów. Przetrwaliśmy czas rozłąki podczas misji w Afryce, podczas której zdecydowaliśmy o mojej wyprowadzce. Razem też przeżyliśmy chwile załamania i kryzysy. Naprawdę nie mieliśmy pojęcia czy to ma prawo się udać. Nawet wtedy, kiedy już wszystkie moje bagaże zapakowane były do ciężarówki, a dom świecił pustkami, zastanawiałam się czy to dzieje się naprawdę i czy za chwilę nie obudzę się z dziwnego snu.

Były też momenty, z którymi musiałam poradzić sobie sama. Pamiętam jak trzęsła mi się ręka, kiedy podpisywałam swoje wpowiedzenie z pracy. Zrezygnowałam wtedy z czegoś, co dawało mi poczucie bezieczeństwa i radość. Kiedy żegnałam moich przyjaciół, rodzinę, żadne słowa nie mogły sprawić, że przestanę się bać.

No i wreszcie Francja. Papiery, urzędy, strach, nauka i wstyd, że nie umiem poprosić o 20 dkg. sera w sklepie. Wszystko nowe, obce i pozbawione jakichkolwiek skojarzeń i wspomnień.

Kiedy myślę o tym wszystkim co się wydarzyło, jakich dokonałam wyborów, czuję, że po raz pierwszy kieruję swoim życiem. Nawet jeśli nie wiem co przyniosą kolejne dni, czy podejmuję słuszne decyzje, to wiem jedno - idę do przodu z otwartymi oczami. I nie pozwalam nikomu ciągnąć mnie w inną stronę. 


Ostatnio rozmawiałam z moją koleżanką, która podjęła w tym roku dokładnie takie same decyzje jak ja. Ją też Miłość zaprowadziła do kraju serem i winem płynącym. Razem wspieramy się w walce z urzędami, w szukaniu pracy i nauce języka.

Powiedziała mi, że czuje, że to będzie dobry rok. 

Też to czuję. Teraz dopiero wszystko się zacznie. Nauczę się żyć od nowa. 

Oczywiście mam też postanowienie noworoczne. Jedno, jedyne.


Jeśli ktokolwiek, kiedykolwiek w mojej obecności powie złe słowo na temat polskich urzędów, procedur czy terminów, przysięgam użyć conajmniej miecza świetlnego żeby go uciszyć.

We Francji jestem od 70 dni. Przed wyjazdem bałam się miliona rzeczy, ale najbardziej tęsknoty. Wiedziałam już co ona oznacza, ale wcześniej dotyczyła tylko jednej osoby, teraz miała dotyczyć wszystkich moich bliskich.

Ahhh po cóż ja się w ogóle martwiłam! Francuskie urzędy skutecznie nie pozwalają mi myśleć o tęsknocie. Jedyne o czym bowiem marzę, to przejść się do polskiego urzędu miasta, albo urzędu skarbowego, gdzie co prawda nikt się do mnie nie uśmiechnie, ale szybko i sprawnie załatwi sprawę i udzieli wszystkich informacji! Zawsze takich samych, niezależnie do którego okienka trafię, na jaką panią urzędnik i o jakiej porze dnia.

Pora ma tutaj bowiem zasadnicze znaczenie! Jeśli we Francji chcemy załatwić kilka różnych spraw, to musimy pamiętać, że prawie wszystkie urzędy, sklepy, biura, apteki, piekarnie, właściwie prawie wszystkie miejsca są nieczynne w porze obiadowej, czyli w południe. Ale żeby nie było zbyt prosto, przerwa w każdym z tych miejsc kończy się o innej porze! Niektórzy wracają do pracy dopiero o 14...

Wiem, wiem. Z tego wpisu zieje złość i rozgoryczenie. Nic na to nie poradzę. Próbujemy zorganizować dla mnie bowiem kurs francuskiego, na którym zależy mi bardzo. Na taki kurs powinnam zostać skierowana przez urząd pracy. Przynajmniej takie informacje uzyskaliśmy w kilku różnych źródłach. Okazuje się jednak, że albo nie ma takich kursów w ogóle, albo są, ale nie dla obywateli UE.

Poza tym od dwóch miesięcy czekamy na nadanie mi le numéro sécurité sociale, czegoś na wzór połączenia polskiego NIP-u i PESEL-u. Nikt, ale to absolutnie nikt, nie ma pojęcia ile to jeszcze potrwa. Jedni twierdzą, że trwa to od 2 tygodni do 2 mięsiecy, inni straszą opcją półroczną.

Na czas oczekiwania zostałam więc wciągnięta do numeru mojego spacsowanego konkubenta. Ale to oczywiście nie załatwia sprawy. Bo wersje dotyczące tego, czy mogę pracować na jego numerze, są przeróżne. Pani w urzędzie wydającym numery powiedziała nam, że absolutnie nie, ale możemy udać się do agencji pracy, bo oni są przyzwyczajeni do taich sytuacji... Nie bardzo jednak potrafiła powiedzieć co to zmieni.


Apeluję więc do wszystkich tych, którzy żyją we Francji - pomóżcie!! Jaka jest recepta żeby to przetrwać? Jak nauczyć się tu funkcjonować?

Do tych, którzy mieszkają w Polsce - nie narzekajcie proszę... To nic, że pani w okienku burczy i się nie uśmiecha. Przynajmniej szybko i sprawnie zajmuje się tym co do niej należy. ;-)
Miniony weekend upłynął nam pod znakiem Marché de Noël, czyli jarmarku Bożonarodzeniowego. Magia tego świątecznego wydarznia mnie zachwyciła. Piszę o wydarzeniu, a nie o miejscu, bo to coś więcej niż plac, gdzie możemy zaopatrzyć się we francuskie specjały. 

Marché de Noël możemy podziwiać w całej Francji. Nawet w takim maleńkim mieście w jakim mieszkamy i my. Zaczął się w sobotni wieczór i trwał przez całą niedzielę.

Niezwykłe było dla mnie to, że jarmark zaczął się wieczorną defiladą, pełną zaskakujących postaci. Wielu mieszkańców przygotowało ogromne figury Świętego Mikołaja, strażacy zbudowali drewniany wóz strażacki, a dzieci wystąpiły przebrane za domino i karty. Nie zabrakło oczywiście prawdziwego Świętego Mikołaja, który zasiadał w saniach ozdobionych mnóstwem świateł. 
Była orkiestra dęta, a nawet krowa i osiołek, które szły razem z nami :) 

Sam  jarmark był dla mnie magiczny. Mimo zimna, spędziliśmy cudowne chwile spacerując pomiędzy straganami. W powietrzu unosił się zapach pieczonych kasztanów i naleśników z czekoladą. Raczyliśmy się grzanym, czerwonym winem i podziwialiśmy francuskie rękodzieło, a na nasze głowy spadł nawet sztuczny śnieg! Myślałam, że nie poczuję magii Świąt, bo zabraknie mi polskich tradycji, ale udało się. Byłam zachwycona. 

Krowa i osiołek, które dzielnie towarzyszyły nam w defiladzie, zamieszkały w zabytkowej hali targowej i były częścią żywej szopki. Nikomu nie przeszkadzało jedzenie i picie w towarzystwie zwierząt i nikt nie wezwał sanepidu ;) 

Oczywiście najbardziej interesowały mnie tradycyjne przysmaki, Nougat z migdałami i żurawiną, cydr, wino, sery i kiełbasy we wszelkich możliwych przyprawach. Jadłam oczami! Przepięknie wyeksponowane, oświetlone smakołyki. Wspaniale było znaleźć się tam i poczuć co to znaczy, że jedzenie to sztuka i wielka przyjemność.

Zobaczcie sami, Mam nadzieję, że mimo słabej jakości zdjęć uda Wam się poczuć to co ja.
Całość zwieńczyły piękne fajerwerki, których niestety nie udało mi się uwiecznić.

Moje skarby

Nougat

Żywa szopka

Miody i konfitury

Hala targowa

Przepiękne ozdoby świąteczne

Rękodzieło

Nie było mnie kilka dni. Nie ukrywam, że powrót do Francji, po tygodniu spędzonym z przyjaciółmi i rodziną w Polsce, był bardzo trudny. Myśli kotłują się w głowie...
Każdy dzień jest tu jak znienawidzona przeze mnie niedziela... Bez pracy i zajęć. Zderzamy się z bezsensowną machinę biurokratyczną, która sprawia, że odnalezienie się w nowej rzeczywistości jest jeszcze trudniejsze.

Zastanawiam się od kilku dni po co mi było to wszystko. Czy nie lepiej było na początku tej drogi odwrócić się na pięcie, odejść od baru i zostawić tego nieznajomego chłopaka, kurczowo trzymającego telefon i próbującego mi coś wytłumaczyć za pomocą Google translate? 

Co mnie podkusiło żeby się z nim umówić? Mimo, że nie mówił w żadnym rozumianym przeze mnie języku i miał zostać w moim kraju tylko do końca swojej misji, czyli 3 miesiące. 

Czy nie lepiej byłoby, właśnie wtedy, powiedzieć sobie - Szkoda czasu!? 

Gdybym tak zrobiła, nie musiałabym stawiać swojego życia na głowie, rzucać wszystkiego co mam, uczyć się nowego języka i płakać w poduszkę z tęsknoty. Dalej miałabym swoich przyjaciół na wyciągnięcie ręki, sobotnie obiady u mamy i pracę która kocham. Byłabym bezpieczna.

I kiedy o tym wszystkim myślę, przychodzi On. Nie muszę nic mówić, bo wystarczy że spojrzy na mnie i już wie... Zamyka mnie w swoich ramionach i szepcze słowa, które już rozumiem. I przypominam sobie po co robimy to wszystko.

Dla tych chwil, dla tych okruchów, których nic nie zastąpi. 

Zakochani