W mojej normandzkiej krainie pada dzisiaj deszcz. 
Pfff. Nie. To brzmi zbyt romantycznie. Bez owijania w bawełnę: leje  i wieje dziś od samego rana tak, że mam większą ochotę na mycie podłogi, okien, naczyń i wszystkich powierzchni płaskich w mieszkaniu, niż na wyściubienie choćby małego palca u stopy z domu. Choćby na balkon. Siedzę więc pod kocem, z herbatą w dłoniach i rozmyślam. Oczywiście nie myślcie, że robię te wszystkie okropne rzeczy wymagające mopa, ścierki  i sidoluxu ;-) A wiecie co jest najlepsze? Że łóżko nie pyta, łóżko rozumie ;-)

Naszły mnie pod tym kocem rozmyślania, którymi od jakiegoś czasu planowałam się z wami podzielić.  Niedługo minie rok odkąd jestem we Francji. Rok pełen walki. Mam wrażenie, że byłam przez ten czas jak koń z klapkami na oczach, który wciąga na ogromną górę potworny ciężar, a nie ma z nim nikogo, kto dodawałby otuchy i motywował do wspinaczki. Do tego wcale nie wiedziałam jak długo będę się wspinać i kiedy na reszcie dotrę na szczyt i będę mogła podziwiać widok i chwilę odsapnąć.
Walka z samotnością, tęsknotą, wstydem. Wiele stoczonych batalii o wyjście rano z łóżka.  No bo i po co? Brak pracy, rodziny, przyjaciół. Walka o zrozumienie każdego słowa, zdania, załatwienie spraw w urzędach, wyjście "do ludzi". Walka o pracę, o każdy dzień w pracy, żeby zrozumieć, żeby mnie chcieli, żeby bariera językowa nie wykluczyła mnie z rynku pracy.

Ale w końcu dotarłam i jestem. Na szczycie rzecz jasna.

Pisałam Wam o moich pierwszych wrażeniach z pracy Tutaj. Nie było łatwo. Kilka tygodni temu dostałam propozycję umowy na stałe. Od października podpiszę swoją pierwszą umowę na czas nieokreślony! Przysiegam, że moja duma jest tak wielka, że łaskocze moich polskich przyjaciół po nosach ;-)

Oprócz tego, na moim koncie jest jeszcze jeden wielki sukces, a mianowicie mieszkanie. Wynajmowane, na moje i tylko moje nazwisko, z rachunkami za prąd i internet. :-) Myślicie, że zwariowałam? To poczytajcie u Oli, jak trudno we Francji wynająć mieszkanie. Rozumiecie już teraz jak wiele znaczy dla mnie mój własny kąt?

Mam też nareszcie wiele miesięcy wczekiwaną carte vitale, dzięki której nareszcie nie będę musiała wypełniać i wysyłać za każdym razem formularzy o zwrot kosztów leczenia.

Wszystkie te moje małe sukcesy zajęły mi prawie rok. Jedno z najtrudniejszych wyzwań mojego życia. Ale wiecie co jest najważniejsze? Że przy okazji, zupełnie niepostrzeżenie, obok mnie znalazło się kilka osób, na które mogę liczyć. Naprawdę wiem, że cokolwiek by się nie wydarzyło, nie pozwolą mi upaść. Więc skoro jestem już na szczycie i to na dodatek nie sama, to nareszcie nadszedł czas na odcinanie kuponów od mojej pracy. Nareszcie zaczynam żyć, a nie walczyć o stworzenie na nowo mojego życia.

P.s. jesteście na początku tej drogi? Napiszcie, podzielcie się swoimi doświadczeniami, problemami. I pamiętajcie, że nadejdzie taki dzień, że będziecie znowu żyć, znowu będziecie u siebie!

Pogodny dzień, oczywiście nie dzisiaj ;-)

Przez ostatnie trzy miesiące mnie nie było. Nie istniałam w przestrzeni wirtualnej, nie odpowiadałam na wiele wiadomości. Zniknęły zdjęcia trzymających się dłoni, stóp przemierzajacych samotnie i we dwoje wielką Francję. Nie było muli, krewetek, morskich opowieści. Nie było odliczania, opowieści o tęsknocie i wyzwaniach. 

Czasami tak bywa...

Czasami tak jest, że życie pisze nam inny scenariusz niż moglibyśmy się spodziewać. I wcale nie trzeba się tego bać. Czasami trzeba cofnąć się o trzy kroki żeby nabrać rozpędu. 

Dzisiaj wiem, że #samawwielkiejfrancji, to coś więcej niż hashtag na instagramowym profilu. Dzisiaj wiem, że na nowo można rozpoczynać wiele razy, co wcale nie oznacza porażki. Dzisiaj rozpiera mnie duma z tego gdzie jestem i jak się tu znalazłam. 

Dzisiaj widziałam spadającą gwiazdę... 


P.s. tęskniłam za Wami.
Dzisiejszy wpis powstał w ramach projektu Klubu Polek na Obczyźnie. Projekt ten trwał dwa miesiące i chyba już wszystko w nim zostało napisane przez moje poprzedniczki. Może nie napiszę nic odkrywczego, może powtórzę wszystko to, co powiedziały już moje koleżanki. Może. Ale kiedy przeczytałam, że właśnie o przyjaźni na obczyźnie będziemy pisać, poczułam, że muszę wziąć udział w projekcie. Bo dla mnie to temat bardzo świeży, nieułożony i bolesny.

Z przyjaźnią według mnie jest tak jak z miłością. Kiedy to zrozumiałam, miałam dwadzieścia parę lat i wydawało mi się, że przyjaźniłam się w swoim życiu wiele razy. Przyjaciele byli obok, odchodzili, wracali. Niektórzy byli tylko od dobrej zabawy, inni od rozmów, a jeszcze inni od podróży. Niektórzy odeszli na zawsze, ale kiedyś przecież naprawdę się przyjaźniliśmy... Czyżby?

Żyłam z taką myślą, aż nagle pojawił się ten KTOŚ! Być może Wam też się to przytrafiło. Być może to była przyjaźń od pierwszego spojrzenia, a może, tak jak u nas, spotkanie po latach z koleżanką z klasy. Właśnie wtedy uświadamiasz sobie, że do tej pory nic nie wiedziałeś o przyjaźni, zaufaniu i porozumieniu. Bo nagle pojawił się KTOŚ, kto zrewolucjonizował Twoje poglądy na ten temat. Nagle jest obok Ciebie ktoś, komu ufasz bardziej niż sobie, komu kibicujesz bardziej niż sobie, kogo kochasz bardziej niż siebie, kto jest Twoją dumą, radością i z kim rozumiesz się bez słów, chociaż uwielbiasz rozmawiać godzinami.

Najlepsza przyjaciółka jest jak siostra, której życie zapomniało nam dać.

Dokładnie 2 lata i tydzień temu trafił mnie taki piorun. Od tamtej pory wiem, że cokolwiek w moim życiu się nie wydarzy, mam jeden stały punkt odniesienia, jest jak latarnia morska, niczego się nie boję.
Tamtego dnia zrozumiałam też, że między kobietami nie musi rządzić zazdrość i zawiść. Kiedy widzę moją przyjaciółkę, to myślę sobie, że mam wielkie szczęście, bo jest jedną z najpiękniejszych kobiet jakie znam. Kiedy widzę zachwycone męskie spojrzenia, kiedy spacerujemy razem, rozpiera mnie duma!

Nie potrafię opisać Wam naszej silnej więzi. Nie potrafię opowiedzieć Wam o naszych wieczorach, nocach i rankach, kiedy buzie nam się nie zamykały, bo rozmowa sprawiała taką radość. Nie umiem opowiedzieć o tym, jak trzymała mnie za rękę kiedy odjeżdżał Vince, jak była gotowa przybiec do mnie o 5 nad ranem żeby mnie wesprzeć. Nie wiem jak mogłabym wytłumaczyć Wam jaką cudowną jest kucharką i ile razy nie jadłam cały dzień, żeby nacieszyć się tym co przygotuje wieczorem. Jej dom jest moim domem, gdzie mogę nie wciągać brzucha, położyć się na kanapie w dresie, pić wino, jeść czekoladę i nic nie musieć.
Nie wiem jak mam opowiedzieć Wam o tęsknocie... O tym wieczorze tuż przed moją wyprowadzką... O tym jak trzymałyśmy się za ręce i próbowałyśmy nie płakać. Wytrzymałyśmy prawie do samego końca. O tym, że udawałam sama przed sobą, że wyjeżdżam tylko na chwilę i na pewno za kilka dni się spotkamy.

Wiem za to jak opowiedzieć Wam o przyjaźni na obczyźnie. Tuż po wyprowadzce nie interesowali mnie inni ludzie. Uparcie odmawiałam wszystkim zarpraszającym. To nie byli moi przyjaciele. Tęskniłam za tymi, którzy zostali w Polsce. Myślałam tylko o tym, że ich tu nie ma. Nawet jeśli V. udało się mnie gdzieś wyciągnąć, to uparcie patrzyłam na innych przez pryzmat tego "kim nie są". Nie byli ani moją najlepszą przyjaciółką, ani kolegami z pracy, ani najbliższą rodziną, ani nawet znajomymi twarzami. Wiecie kim za to byli? Przyjaciółmi, ale nie moimi - mojego V. Nie ja ich wybrałam i im bardziej to sobie uświadamiałam, tym mniejszą miałam ochotę ich widzieć. I wtedy moja przyjaciółka widząc jak bardzo się męczę, wysłała mi to:


Jak zawsze wiedziała czego mi trzeba. Bardzo mnie wzruszyła tym, że nie kieruje nią zazdrość i zaborczość, ale Miłość i Troska o mnie i moje samopoczucie. Nie zmieniło to diametralnie mojego podejścia i nie sprawiło, że zaczęłam się rzucać na szyję wszystkim dookoła, ale uchyliło odrobinę zatrzaśnięte drzwi.

Nie mam przyjaciół na obczyźnie. Mam już swoich własnych znajomych i kolegów (głównie dzięki pracy), ale być może kiedyś z kimś się zaprzyjaźnię. Pewnie nie będzie to proste. Może dlatego, że jestem tu raptem niecałe 8 miesięcy i jeszcze nie rozgryzłam Francuzów. Wydaje mi się, że nie angażują się tak w relacje jak Polacy. Tego mi brakuje - serdecznych uścisków, godzinnych rozmów, zaproszenia na obiad do rodziny. Nawet kiedy mój V żegnał się ze swoimi przyjaciółmi przed wyjazdem na misję, wymienili standardowe (zimne jak dla mnie) bisous w dwa policzki. A przecież rozstawali się na 4 miesiące...

Nie wierzę, że spotkam jeszcze kogoś takiego jak Ania. Nie ważne czy w Polsce, we Francji, czy jeszcze gdzie indziej. Bo my jesteśmy takie same. Mimo, że fizycznie różnimy się całkowicie, to serce mamy to samo. Jedno, podzielone na pół. 
Ale nawet jeśli nigdy nie spotkam tu nikogo, kogo będę mogła nazwać swoim przyjacielem, to już wygrałam. Odnalazłam już swoją drugą połowę. Życzę każdemu móc doświadczyć takiej głębokiej przyjaźni. Szczególnie, jeśli jest się bardzo daleko od domu, czuje się samotnym, a strach wita każdego poranka z tą samą siłą. Nie boję się mu spojrzeć prosto w oczy, moja latarnia morska nadal tam jest. Daleko, ale nadaje mi kierunek...


Właśnie układam się do popołudniowej drzemki, ale zanim zasnę, muszę podzielić się z Wami tym, co przyszło mi do głowy.


Odkąd zaczęłam pracować, mój plan dnia wygląda zupełnie inaczej niż do tej pory. Wyjeżdżam z domu około 10.45 rano. 40 minut w drodze. O 11.30 jem obiad ze wszystkimi kolegami i koleżankami w pracy i w południe zaczynamy serwis obiadowy, który kończy się między 14.30 a 16.30. Czasami wracam do domu (kolejne 40 minut w jedną stronę) i przyjeżdżam na 19.30 na serwis wieczorny, ale zdarza mi się, tak jak dzisiaj, zostać na miejscu. Wtedy drzemkę ucinam sobie w samochodzie. Do domu wracam między północą, a 2. nad ranem.

Ktoś mógłby powiedzieć, że to głupie, że cały dzień nie ma mnie w domu, muszę być okropnie zmęczona. Ale wiecie co? Przecież to było moje marzenie! Pracować. 

Doceniam każdy ciężki poranek, kiedy tak trudno ściągnąć z łóżka zmęczone nogi. Doceniam każdy kilometr drogi, nawet późną nocą, w deszczu i mgle. Doceniam drzemki w samochodzie, powroty do domu późną nocą i ciężkie dni w pracy.

Za mało w życiu doceniamy. Kiedy pada deszcz chcemy słońca, kiedy ono nareszcie świeci, jest nam za gorąco. Marzymy o pracy, niezależności finansowej, a potem narzekamy, że trzeba rano wcześnie wstawać. A przecież to jest właśnie życie. Jeśli już coś wybraliśmy, znajdujemy się w pewnym punkcie, warto wyciągać z tego momentu wszystko co najlepsze. 

Uśmiech, optymizm, zapał. To chcę wnosić wszędzie tam gdzie jestem. Wierzę, że mamy realny wpływ na świat, nawet jeśli jest nim moja praca, rodzina, dom. 

Mogłabym usiąść załamana i płakać, że nie po to mam tyle lat szkoły i doświadczenie zawodowe, żeby teraz być kelnerką. Ale przecież to wspaniałe być kelnerką. Uwielbiam moich klientów, uwielbiam widzieć jak wychodzą uśmiechnięci, dziękują i wracają znowu. Uwielbiam patrzeć na zakochane pary, które dzięki nam spędzają magiczny, romantyczny wieczór i na rodziny z dziećmi, które czują się u nas mile widziane. 

Mam nadzieję, że Wy też kochacie swoje małe światy. Podzielcie się tym ze mną proszę.
Poznając mojego V. i decydując się na związek z nim, liczyłam się od samego początku z nieustanną tęsknotą. Emocje, które rodzi każde pożegnanie, są ogromne. Pisałam już na blogu o smaku pożegnań (TUTAJ) i chyba wiele z Was rozumie doskonale  co to znaczy czekać i tęsknić, bo post ten okazał się najchętniej czytanym do tej pory na blogu. Dzisiaj jednak będzie o drugiej stronie medalu, czyli o smaku powitania.

Dodaj napis


Strategia przetrwania czteromiesięcznej misji V, ma jedno podstawowe założenie - nie wyobrażać sobie zbyt często jego powrotu. Nie wyobrażać sobie chwili powitania, zaurzenia się w jego szerokich, ramionach. Nie myśleć o pocałunkach, którymi obsypie moją twarz ani o jego zapachu. 
Pod żadnym pozorem nie odtwarzać w głowie filmu nakręconego przy pomocy fantazji. 

Scena pierwsza:

Widzę go z daleka. Przez ramię ma przerzuconą wojskową torbę, a na plecach wypchany po brzegi plecak. Już zapomniałam jaki jest przystojny. Zauważa mnie i powoli idzie w moim kierunku. Ja, mimo najszczerszych chęci, nie jestem w stanie biec do niego, bo nagle cała tęsknota, niewylane łzy i niewypowiedziane przez cztery miesiące słowa, odbierają mi siłę w nogach i uświadamiam sobie, że to jednak był nadludzki wysiłek. Że bolało bardziej niż chciałam się przyznać przed samą sobą, ale przede wszystkim przed nim. Że właśnie teraz, w tej jednej chwili wyczerpała się moje siła.

Scena druga:

Siedzę w samochodzie, po stronie pasażera. Nareszcie nie muszę prowadzić, bo obok jest on. Trzyma swoją dłoń na moim kolanie. Wyciągam rękę i drapię go po karku - tak jak lubi, a on się uśmiecha. Zamykam oczy i odpływam. Zasypiam i budzę się, a on wciąż jest, nie znika. Mogę spać spokojnie. 

Scena trzecia:

Stolik na tarasie restauracji, zachód słońca, szum fal. Nigdzie się nie spieszymy, nic nie musimy. Owoce morze, czekoladowy deser, szampan, wino. Spacer po plaży, tylko my dwoje. Doceniamy każdą sekundę, cieszymy się sobą, tak jakbyśmy spotykali się od kilku tygodni. 


Jak widzicie, jakoś słabo mi idzie nie odtwarzanie tego filmu. Im mniej czasu zostało do końca misji, tym częściej takie obrazy stają mi przed oczami. Pewnie dlatego też czas zaczyna płynąć jak gdyby trochę wolniej. I już sama nie wiem czy dokręcić kolejne sceny, czy też zaprzestać wyobrażać sobie w nieskończoność słodki smak powitania, z obawy przed wariactwem ;) 

Może tymczasowo zadowolę się smakiem czekolady na pocieszenie, a Was zostawiam z pięknym filmem, z jednego z naszych powitań na lotnisku.

Dla wszystkich, którym film nie wyświetla się poprawnie, wrzucam odnośnik si Facebooka'a

video


David Wills "Metamorfozy Marilyn Monroe"


Polki uchodzą w świecie za bardzo piękne kobiety. Dbamy o siebie, lubimy się malować, stroić. Nie wszystkie z nas oczywiście, bo przecież ile kobiet, tyle różnych spojrzeń na kobiecość.

Za mną ten temat chodzi już od jakiegoś czasu. Dlaczego? Dlatego, że odkąd mieszkam we Francji, dużo się dla mnie i we mnie zmieniło w temacie kobiecości. Ale może po kolei.

Smak radości

W tym, że jestem Kobietą przez duże "K", zorientowałam się mając jakieś 24 lata. Wtedy właśnie rozpoczęłam odkrywanie własnego gustu, stylu. Oszalałam na pukcie naszych kobiecych sztuczek. Makijaż, fryzura, szpilki, sukienki, fryzjer i szaleństwo zakupowe. Wtedy też zakochałam się w sporcie, więc wyobraźcie sobie ile miałam energii i radości w sobie. Ah jaki to był piękny czas. Komplementy, męskie spojrzenia, pewność siebie szybująca w przestworza. Na tym właśnie haju poznałam V. Nie było więc opcji żeby nie uległ ;) 

Dobre złego początki

Oczywiście zawsze wiedziałam, że uroda, czy markowe ubrania, to nie jest to, co czyni nas dobrymi ludźmi, kobietą czy mężczyzną. Wiedziałam, że to nasze wnętrze, umysł i serce są najważniejsze. Jednak nagle odkryłam, że przyjemnie jest dbać również o swój wygląd, o swoją "powłokę". Chyba jednak zapędziłam się w tym za daleko. Wyjście z domu bez makijażu? Bez szans. Co tydzień nowa sukienka, bo przecież starą miałam już ubraną. Sterty nowych kosmetyków, chociaż stare prawie nie napoczęte.

Z moją przyjaciółką mamy taki żart: "Dzisiaj tylko lekki makijaż. Nie chce mi się za bardzo malować. Tylko podkład, róż, rozświetlacz, tusz do rzęs i kredka do brwi..."

Zaczynałam czuć się więźniem tego wszystkiego, co wcześniej sprawiało mi przyjemność. Upiększanie się pożerało tyle czasu, a ja bałam się, że jeśli na chwilę o tym zapomnę, to przestanę spełniać oczekiwania otoczenia.

Kobieta we Francji

Na szczęście, pewnego dnia wylądowałam we Francji na stałe. Okazało się, że dla mojej nowej rodziny jestem zjawiskiem ;) Codzienny makijaż, kosze z kosmetykami, sukienki na każdą okazję. Ile razy usłyszałam, że przecież nie idziemy na bal. Nigdy nie było to złośliwe. Oni po prostu byli bardzo zaskoczeni. Zaczęłam powoli obserwować inne kobiety i zauważyłam, że to jak wyglądają, to jest ich wybór. Nikt nie wywiera na nich presji żeby były piękniejsze, szczuplejsze, bardziej zadbane. Poczułam rozluźnianie gorsetu, o którego istnieniu nie miałam wcześniej pojęcia. Zachłysnęłam się tym. Wskoczyłam w dresy i adidasy (nie do pomyślenia dla mnie w Polsce), spędzałam cały dzień bez makijażu. Co więcej - wychodziłam tak do ludzi ;) Co prawda, na początku, rozglądałam się na boki z niepokojem, czy przypadkiem nie strzeli  we mnie piorun, albo nie zawali się świat. O dziwo nic takiego się nie stało. 

Obserwowałam Francuzki i zaczynałam pałać coraz większą sympatią do ich podejścia do urody. Zawsze zadbane, ale naturalne. Klasyczny manicure, proste fryzury, bardzo delikatny makijaż. Ubrania wygodne i bez zbędnych dodatków. 

Zaczęłam bardziej skupiać się na pielęgnacji, niż na upiększaniu. Odzyskałam trochę czasu, który skradłam sobie sama, przez nadmierne wymagania stawiane swojej urodzie. Teraz widzę, że były to wymagania zupełnie niepotrzebne, które wcale nie pomagały mi czuć się bardziej kobiecą, czy szczęśliwszą.

A jakie są Wasze spostrzeżenia? Widzicie to co ja mieszkając w Polsce? Jeśli mieszkacie w innym kraju, to jak się to ma do polskiego steerotypu kobiecości? Do jakiego sposobu bycia jest Wam bliżej. Jestem szalenie ciekawa co o tym myślicie.

Witam Was pod pierwszym postem z cyklu "Podsumowanie miesiąca". Pomysł ten przyjął się na wielu innych blogach i mam nadzieję, że i u mnie okaże się stałym elementem grafiku. Podsumowywać będę miesiąc po kątem trzech głównych tematów mojego bloga, czyli emigracji, miłości i spełniania marzeń.
Zaczynamy! 

O emigracji

Jak pewnie pamiętacie, marzec rozpoczął się dla mnie pożegnaniem. Moja najlepsza przyjaciółka spędziła u mnie tydzień, po czym wróciła do Polski. Ten moment jest zawsze trudny i przypomina mi o tym, że podjęłam pewną decyzję, która ma wiele minusów. Jednak czas, który spędziłyśmy razem był magiczny i pozwolił mi postawić kolejny krok w oswajaniu Francji. Zobaczcie jak było nam dobrze razem:

Polki w Normandii

Zaraz po jej wyjeździe zaczęła się walka z biurokracją (a raczej jej kolejna część), bo okazało się, że sprawa mojego numéro sécurité social  nie jest wcale uregulowana. Walka wygrana, co spowodowało, że dostałam wiatru w skrzydła i uwierzyłam jeszcze bardziej w swoje możliwości. O całej historii możecie przeczytać Tutaj.

Na koniec marca odwiedziła mnie też koleżanka z liceum, która na codzień mieszka w Paryżu. Wspaniale jest móc pokazać "swoją" część Francji i zachwycić nią kogoś, kto mieszka w tym kraju już 4 lata. Rozpierała mnie duma z miejsca, w którym mieszkam. 


Normandia w słońcu

Przez cały marzec kontynuowałam też naukę języka francuskiego poprzez Skype z Justyną, z którą współpracuję od początku roku. Wspaniale jest słyszeć od swojej nauczycielki, że robi się postępy i praca nie idzie w las.

O Miłości

Tu na szczęście i na nieszczęście też nic się nie zmieniło ;) Nadal odliczam dni do powrotu mojego V. z Afryki. Są takie momenty, w których brakuje mi go każdą komórką mojego ciała. Przed pierwszą rozmową kwalifikacyjną, po pierwszym dniu pracy, w Święta Wielkiej Nocy. W nocy kiedy nie mogę zasnąć i kiedy odwiedzam jego przyjaciół. Czasami, kiedy czuję się wystarczająco silna, wchodzę na bloga Joasi i czytam jej post o byciu żoną żołnierza (TUTAJ) i płaczę. Z tęsknoty głównie, trochę ze strachu. Ale tylko wtedy, kiedy jestem w formie. W przeciwnym razie nawet bym się nie odważyła. Ale pocieszający jest fakt, że czas i tak płynie. Co najdziwniejsze - wydaje mi się, że płynie dużo szybciej niż ostatnim razem, kiedy mieszkałam jeszcze w Polsce. Jak mówi V. - najtrudniejsze już za nami. Połowa misji wykonana!


Odliczanie


O spełnianiu marzeń

Na emigracji marzenia są proste i przyziemne. Moim była praca. 4. marca odbyła się moja pierwsza rozmowa kwalifikacyjna i na drugi dzień otrzymałam telefon, że zaczynam za 2 tygodnie. Od tamtej pory pracuję w weekendy i od czasu do czasu w tygodniu.

Nie jest to marzenie spełnione bezboleśnie i "za darmo". Za mną codzienna, żmudna praca nad językiem. A to przecież jeszcze nie koniec. To utwierdza mnie w przekonaniu, że prawdziwe jest stwierdzenie, że marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia!

Zobaczcie jak pięknie wygląda widok z tarasu restauracji, w której pracuję:

Cabourg

Moim marzeniem, nad którym regularnie pracuję, jest też blog. Nie zależy mi co prawda na zarabianiu na blogowaniu, ale chcę go nieustannie rozwijać, uczyć się blogować i pisać. 
Jednym z najważniejszych wydarzeń marca w tym temacie, było przystąpienie do Klubu Polki na Obczyźnie (znajdziecie nas tutaj). Dodało mi to mnóstwo zapału i zainspirowało do kilku nowych projektów. Czuję, że to będzie wspaniała współpraca.

Klub Polki na Obczyźnie

Społeczność blogowa z końcem marca zaczęła żyć wydarzeniem Share Week. Jeśli chcecie dowiedzieć się o nim więcej, zapraszam na bloga twórcy tego pomysłu Andrzej Tucholski. Miłym zaskoczeniem było dla mnie wspomnienie o moim blogu przez jedną z blogerek, którą ja również odwiedzam - Chez la petite Polonaise. Co prawda w zgłoszeniu można wymienić tylko trzy blogi, a mój znalazł się zdecydowanie poniżej pudła, ale i tak bardzo mnie to cieszy.

Na blogu pojawił się również pierwszy konkurs, a Wy nadesłałyście kilka bardzo optymistycznych zgłoszeń. Dwie spośród Was zgarnęły nagrody - książkę "Siła Nawyku" i francuskie makaroniki. Liczę na zdjęcia z degustacji i recencję książki oczywiście!

Koniec miesiąca przyniósł też (kolejne już) zmiany w grafice bloga. Mam nadzieję, że tym razem nacieszą Wasze oczy trochę dłużej, bo jestem bardzo zadowolona z efektów. Nauka nie idzie w las!


Podsumowanie

Marzec był bardzo wyczerpującym miesiącem. Walka z urzędami i szukanie pracy wycisnęły ze mnie ostatnie soki. Ale dodały też wiary i nadziei na ułożenie mojego francuskiego życia. Uświadomiło mi to też, że marzenie o lataniu do Polski co 2 miesięce, nie jest realne. Praca, obowiązki, wszystko to sprawia, że wizja odwiedzin w kraju jest niesamowicie odległa. Kolejne zderzenie z emigracyjną rzeczywistością za mną. Z ciekawością wyczekuję wydarzeń, które przyniesie kwiecień.

Po raz pierwszy pisząc post, nie wiem od czego zacząć. W mojej głowie roi się od myśli i emocji. Za mną weekend pełen wrażeń. Pierwsza praca w obcym kraju, w obcym jęzku. 

Przedstawienie czas zacząć.
  
Jestem oczarowana przedstawieniem, teatrem, którego byłam częścią. Bo jedzenie, wyjście do restauracji, to dla Francuzów takie samo wyjście jak do kina, czy do teatru. To święto, celebracja. A ja miałam to szczęście uczestniczyć w tym wydarzeniu po raz pierwszy od tej drugiej strony. Magia w czystej postaci. Nieustanne "Oui Madame; bien sûr Monsieur, je vous en prie." Przeniosło mnie prawie na renesansowy dwór francuski ;) 

Z czym to się je?
  
Dla tych z Was, którzy nie mieli okazji poznać zwyczajów kulinarnych Francuzów, podpowiem jak wygląda to od strony praktycznej. Restauracje są otwierane zazwyczaj dwa razy dziennie. Najpierw na serwis obiadowy, czyli midi. Rozpoczyna się o 12, a kończy około 14.30. Wtedy zamykana jest kuchnia, wydawane są ostatnie desery i kawa, a sala jest przygotowywana na serwis wieczorny, który w zależności od restauracji, może rozpoczynać się o różnych porach. W restuaracji, w której pracuję, jest to 19.30. W międzyczasie zarówno kelnerzy, jak i kucharze, mają wolne. W moim przypadku wiąże się to z powrotem do domu, więc w ten weekend przejechałam 240 km. w drodze do i z pracy.

Obsługa kelnerska też zdecydowanie różni się od tej polskiej. Przede wszystkim kelner wita gości już od progu, a oni grzecznie czekają na przydzielenie stolika. Nawet jeśli na sali mamy kilka wolnych miejsc, to właśnie kelner zaproponuje stolik, przy którym możemy usiąść. Dlaczego? Ponieważ rezerwacja stolików to tutaj temat bardzo powszechny. W porze obiadowej, lub wieczorem, ciężko o wolne miejsca, więc Francuzi przyzwyczajeni są do konieczności zrobienia rezerwacji.

Jak ja to ugryzłam?
  
Kiedy wróciłam do domu w sobotnią noc, byłam mocno podłamana. Czułam, że brakuje mi tak wiele umiejętności językowych żeby móc pracować jako kelnerka. Biłam się z myślami - co robić? Przyznaję, że chciałam stchórzyć. Zwinąć ogon pod siebie i powiedzieć - nie dam rady, za wcześnie, nie jestem gotowa. Ale przypomniałam sobie mój ostatni wpis (znajdziecie go tutaj: 7 sposobów na oswojenie emigracji) i to co pisałam o działaniu. Taka szansa... jak mam ją zmarnować i potem "spojrzeć" moim czytelnikom w oczy? I pomimo całonocnych koszmarów, wstałam rano i pojechałam do pracy. I jak zwykle opłaciło się. Obsłużyłam kilka stolików i ucięłam miłą pogawędkę z dwiema uroczymi, starszymi paniami. Wypytywały o mój akcent, powód przyjazdu do Francji i od kiedy tu mieszkam. Były zachwycone moją znajomością języka. Nie ukrywam, że dodało mi to skrzydeł i pewności siebie. Potwierdziła się moja zasada, że nie wolno się poddawać zbyt wcześnie. 
Dziś po południu zadzwonił szef z pytaniem czy jestem dostępna w środę w południe :) A ja pokochałam klimat francuskiej restauracji, w której przyszło mi pracować. Chcę do niej wrócić pomimo trudności, pomimo pięt obdartych do krwi i zakwasów w całym ciele. Chcę się uczyć nowych słów, wyrażeń i nareszcie mieć coś tylko mojego w tej jeszcze nie do końca mojej Francji :) 

P.s. Jadąc do pracy przejżdżam przez miejsce niczym z bajki o Królewnie Śnieżce i siedmiu krasnoludkach. Wioska Beuvron en Auge. Okazało się, że jest ona oficjalnie uznana za najpiękniejszą wioskę Francji. Nie wiem właściwie dlaczego wrzucam Wam jej zdjęcie, bo nie oddaje ono nawet w 5% jej uroku. Ale przysięgam, że czuję się tam jak w innym wymiarze. Nie mogłam się powstrzymać przed zatrzymaniem samochodu i zrobieniu kilku zdjęć.

Beuvron en Auge
Nieważne z jakiego powodu, nieważne dokąd, nieważne z kim i jak. Zdarzyło się tak, że jesteś (albo zamierzasz być), tak jak ja, na emigracji. Mimo, że dzisiejszy świat daje nam tyle możliwości, pozwala mieszkać w niemal dowolnym miejscu na świecie i mnóstwo osób z tego korzysta, nikt nie zagwarantuje nam, że sobie poradzimy, że w nowym miejscu odnajdziemy przestrzeń dla siebie, nowych przyjaciół i sens życia.

Temat emigracji był mi obcy przez całe życie. Nigdy nie myślałam wyściubiać nosa spoza mojego małego miasteczka. 20 lat w jednym miejscu. Oswojony każdy kąt, spacery "na pamięć", nogi same wiodły utartymi ścieżkami. Dlatego na początku emigracja uderzyła mnie młotkiem w głowę. Dość boleśnie. Po ponad pięciu miesiącach od wyjazdu ułożyłam sobie w głowie zbiór zasad i rzeczy, które pomogły mi wyleczyć nabite guzy. Dzielę się nimi z Wami, ale też czekam na Waszą reakcję. Dodalibyście coś od siebie?

1. Zabierz ze sobą swój świat!

Nawet jeśli miała to by być ukochana poduszka, książka, rower czy kubek. Coś, co będzie Twoim łącznikiem z tym co znasz i kochasz. Wydaje się głupie, może trochę naiwne? Wyobraź sobie, że od chwili wyprowadzki prawie wszystko będzie nowe. Nowi ludzie, nowe miejsca, jedzenie, zwyczaje i mentalność. Nie mówiąc o takich oczywistych rzeczach jak nowe mieszkanie, czy praca (lub jej brak). Twoja głowa będzie tym bardzo zmęczona. Takie drobiazgi pomogą Ci zrelaksować się i odpocząć. Poczuć się bezpiecznie.

2. Integruj się!

Jeśli masz taką możliwość żeby spędzać wolny czas, czy pracować z Polakami - świetnie. Korzystaj z tego, szukaj wsparcia i pomocy. Ale nie zamykaj się na tubylców. To dzięki obcowaniu z nimi nauczysz się języka, poznasz ich tradycje, nawyki, poglądy. Jednym słowem poznasz kraj, w którym przyjdzie Ci żyć. Bo przecież najważniejsze co go tworzy to właśnie ludzie. 

3. Działaj!

Nie zamykaj się w domu, nawet jeśli nie masz zajęcia. Nawet jeśli jedyne co możesz zrobić to wyjść na zakupy, na spacer, czy do kościoła - zrób to! Miej oczy i uszy otwarte. Chłoń wszystko co Cię otacza, miej oczy dookoła głowy i wysoko podniesione czoło. Nigdy nie wiesz kiedy nadarzy się okazja żeby kogoś poznać, zdobyć pracę. Zrezygnuj z samochodu - spaceruj. Zarejestruj się w urzędzie pracy jeśli jest taka możliwość. Kto wie, może uda się skorzystać z bezpłatnego szkolenia, tak jak mi (więcej przeczytasz tutaj: Anglais dans le tourisme), albo naprawdę pomogą Ci znaleźć pracę. Na pewno jednak będzie to dobre doświadczenie. Przetestujesz swoją znajomość języka i nauczysz się załatwiać formalności w nowym kraju. Może w Twoim nowym mieście organizowane są bezpłatne zajęcia sportowe, wieczorki taneczne, rajdy rowerowe. Jest przecież tyle możliwości. Niech przyświeca Ci zasada: "TAK", zamiast "NIE", Podejmuj każde wyzwanie, korzystaj z każdej okazji. Nawet jeśli się boisz.

4. Mów!

Obojętnie na jakim poziomie językowym jesteś, to najlepszy sposób nauki. I pytaj jeśli masz wątpliwości, proś żeby cię poprawiano. Nie bój się. Twój akcent jest dla tubylców najczęściej słodki i uroczy :) No i nic tak nie wystrzela w kosmos umiejętności językowych jak obcowanie z nim. Żadna książka ani materiały audio Ci tego nie zapewnią. A przecież tylko świetna znajomość języka pozwoli Ci na pełną integrację, a także na coraz lepsze wyrażanie siebie. A uwierz mi - na początku bardzo tego brakuje (szczególnie takiej gadule jak ja).

5. Zaproś do siebie kogoś bliskiego!

Jeśli jest taka możliwość, niech odwiedzi Cię mama, najlepsza przyjaciółka, rodzeństwo. Pozwoli Ci to oswoić nowe miejsce. Nabiorą one znaczenia, poczujesz się zmotywowany do pokazania ich swoim bliskim, zobaczysz, że coś cię już jednak z nimi łączy. 
Poczujesz też, że nie wyjechałeś na koniec świata. A nawet jeśli, to dolatują tu samoloty ;)
I nie zapominaj o tych, którzy zostali w Polsce. Skype to wspaniałe narzędzie i jedno popołunie spędzone na rozmowach z przyjaciółmi i rodziną, pozwala odzyskać optymizm i radość.

6. Ciesz się swoją przygodą!

Nie traktuj wszystkiego śmiertelnie poważnie. Ciesz się tym co cię spotyka. Tym bardziej jeśli emigracja jest dla ciebie takim samym zaskoczeniem jak dla mnie. Czy 5 lat temu myślałeś, że rzucisz wszystko i zamieszkasz w całkiem innym kraju? Będziesz władał nowym językiem, posmakujesz ślimaków, rosomaków, czy robaków? ;) Oczywiście, że czasami będzie ciężko. Ale nie traktuj tego jak koniec świata. Potraktuj to, co Ci się przytafia, jak szansę. Tylko ten kto doświadczył emigracji wie, że to niesamowita nauka, szansa rozwoju. W swoim kraju wspinamy się po drabinie rozwoju powoli, a czasem zbyt długo stoimy w miejscu. Na emigracji nie ma takiej opcji. Pędzimy jak rakieta ;) 

7. Bądź sobą!

Bardzo banalne, ale sprawdza się w każdej sytuacji. Poznawaj, smakuj, odkrywaj, ale jeśli coś jest bardzo wbrew Tobie - odpuść, nie naginaj się. Jeśli coś dzieje się za szybko - zwolnij. Jeśli nie czujesz się na coś gotowy - daj sobie czas. Nie miej wyrzutów sumienia. Każdy jest inny i nie musisz równać do dziewczyny prowadzącej bloga, ani do kuzynki, która wyjechała do Anglii. 
Postaraj się znaleźć swój złoty środek. Jeśli w Polsce nie byłeś duszą towarzystwa, na emigracji też nie musisz. Jeśli tak jak ja, potrzebujesz czasu żeby nawiązać więź i relację - nie próbuj tego zmienić na siłę. Wszystko przyjdzie z czasem. Ale nie zapominaj też o punkcie 3. ;) 
Pamiętacie wyzwanie w ostatnich dni? Jeśli nie - można sobie przypomnieć tutaj:


Odrobiliście lekcje? Bo jest i obiecany konkurs :) Mam nadzieję, że nagrody przypadną Wam do gustu. Jeśli będziecie mieli jakiekolwiek pytania, zapraszam do kontaktu przez Facebook lub komentarze.

Dla tych, którzy mają problem w odnalezieniem profilu Les Beaux Macarons na Facebooku'u:


P.s. nagrody wysyłamy tylko na terenie Polski.




WYNIKI:

Po burzliwych obradach jury w składzie: ja ;) , uznałam jednogłośnie, że nagroda za pierwsze miejsce, czyli książka "Siła Nawyku", trafia do Aleksandry K. Natomiast zestaw francuskich makaroników, za miejsce drugie, powędruje do Ludmiły Szewczyk. Obie zwyciężczynie proszę o kontakt poprzez konto Deszczowo na Nowo na Facebook'u.
Jak wiecie. wczoraj odbyłam drugą rozmowę kwalifikacyjną. Nie dałam Wam znać co i jak, bo to był dzień wariata. Najpierw okazało się, że źle zrozumiałam monsieur przez telefon, i owszem szukają kogoś do sklepu w centrum handlowym, ale rozmowa odbędzie się w centrum MIASTA... Dotarłam więc spóźniona i po krótkiej, acz niezbyt miłej rozmowie, dowiedziałam się, że mój francuski nie pozwoli mi sobie poradzić na tym jakże wymagającym stanowisku ;)
Dla poprawienia nastroju udałam się w poszukiwania pięknego stroju kelnerki, bo przecież zaczynam pracę 19. marca :) Niemiłosierna ulewa i potężny wiatr, starły w pył mój parasol, tuż po wyjściu z samochodu (mówiłam wam już skąd nazwa mojego bloga?).
Kiedy znalazłam wreszcie mnóstwo nudnych, czarno-białych, klasycznych koszul i spodni, odkryłam w przymierzalni, że nie mam w torebce telefonu, a na pewno tam był. Nie dotknęłam go nawet palcem odkąd weszłam do galerii... Jak nic ktoś mnie okradł, bo torebka otwarta... Wybiegłam z przerażeniem w oczach i poprosiłam pierwszą napotkaną madame o udostępnienie jej komórki. Telefon odpowiadał, ale szybko ktoś rozłączał połączenie. Tysiąc myśli na minutę (telefon był prezentem od V. na urodziny, których jeszcze nie miałam). Czy dam radę wrócić bez GPS do domu, czy operator wymieni mi kartę SIM bez obecności V. (umowa jest na niego), czy cała historia nie skończy się rachunkiem na setki euro?
Biegałam po galerii chyba pół godziny w tą i z powrotem i prawdopodobnie już cała obsługa zdążyła wysłuchać mojej historii, aż wreszcie ktoś mnie zaczepił i odesłał do obsługi sklepu Carrefour. Telefon czekał tam na mnie. Nie pytajcie jakim cudem, skoro nie wyciągałam go z torebki, a tym bardziej nie byłam w Carrefour. 
Oczywiście to nie był koniec historii, bo rzecz jasna, w drodze powrotnej, mimo włączonego GPS-a, zgubiłam się i wracałam na rezerwie, okrężną drogą pełną niebezpiecznych zakrętów. A na dodatek w domu nie czekały męskie ramiona, w które można się wypłakać. Macie pojęcie jaka zmęczona i rozbita wróciłam do domu?

Teraz tak sobie myślę, czy nie rzuciłam wyzwania losowi, mówiąc, że ułożę sobie to francuskie życie. Może los chce mi udowodnić, że mam do powiedzenia mniej niż mi się wydaje? Ha! Być może. Ale nawet los musi się liczyć z rachunkiem prawdopodobieństwa. Nie może być tak, że na jedną osobę przypadają tylko kłody pod nogami, bez żadnych kół ratunkowych :) Dlatego odhaczam wczorajszy dzień jako kolejne wyzwanie i regeneruję siły przed kolejnymi. 

A dla Was mam wyzwanie. Oczywiście dla chętnych. Kto dołączy do mnie w pozytywnym myśleniu? Kto rzuci wyzwanie losowi? Może jak będzie nas więcej, to się przestraszy i da nam spokój ;) Proponuję dzielić się tu, lub na Facebook'u naszymi historiami, w których pomimo kłód pod nogami, śmiałyśmy się z nich i przeskakiwałyśmy je, albo wstawałyśmy po upadku. Do dzieła babki :) Kto wie, może zrobię z tego mały konkurs? :) Pomyślę nad jakąś miła francuską nagrodą i dam Wam znać. a Wy dajcie znać czy podoba Wam się taki pomysł :)
Siedzę z kubkiem herbaty i ciastkiem czekoladowym i wracam pamięcią do posta z połowy grudnia.


Zapytacie dlaczego? A no dlatego, że historia z "le numéro sécurité social" nie zakończyła się dla mnie szczęśliwie. Nadal na niego czekam. Co więcej, otrzymałam przeprzyjemny telefon od mojego przyszłego pracodawcy, że na numerze mojego V. jednak pracować nie mogę! Wyobrażacie sobie moją wściekłość? Niesiona tą wściekłością zadzwoniłam do odpowiedniego urzędu zajmującego się moją sprawą od 5!!!!!! miesięcy i wiecie co usłyszałam? Że mogłam przecież już wcześniej zadzwonić! Nadmienię tylko, że dzwoniłam po raz dziesiąty chyba! Oczywiście pani nic nie wie, ale się dowie i oddzwoni. A ja dostałam czas do jutra od mojego pracodawcy żeby wydobyć ten numer spod ziemi chyba. 

ZEN! Umówiłam się sama ze sobą, że co jak co, ale biurokracja francuska mnie nie pokona. I tak się nie stanie! Nadal zamierzam cieszyć się z sukcesu, który osiągnęłam. Nawet gdybym miała od nowa szukać pracy, to wiem już przynajmniej, na ile mnie stać. A teraz niesiona uczuciem ZEN jak kwiat lotosu, siadam do poprawiania grafik na bloga. Dla relaksu i przyjemności. 

Buziaki i do napisania wkrótce.
Opowiem ci dzisiaj krótką bajkę na dobranoc. Wyobraź sobie ogrodnika - pasjonata. Od dzieciństwa marzył o ogrodzie pełnym bajecznych roślin, drzew i tajemniczych miejsc idealnych do odpoczynku i zabawy. Pracował na ten dzień długo, ale wreszcie jest! Spełnił swoje marzenie, kupił dom z wielkim ogrodem. Zaniedbanym, ale pełnym potencjału. 
Otwiera furtkę i widzi swoje spełnione marzenie - wlasne miejsce na ziemi. Zaczyna się przechadzać tam i z powrotem i co widzi? Tutaj uschnięty krzak róży, tam zawalone drzewo. Cicho i pusto, nawet ptaki tu nie zaglądają.
Wyobraź sobie, że wtedy ogrodnik siada na tej pustej ziemi i zaczyna płakać nad utraconym marzeniem. Nie tak miało przecież być. Jego marzenie okazało się mrzonką.

Nie bądź jak ten ogrodnik. Rozejrzyj się dookoła. Zobacz więcej niż widać gołym okiem. Zobacz szanse, a nie trudności. Lekcje zamiast porażek. Potencjał zamiast braku. Zobacz, że masz więcej niż ci się wydaje.

Doceniam to co mam! Nie wiem czy trawa u sąsiada jest bardziej zielona, bo jej nie widzę, nie patrzę na nią. U mnie tak pięknie, że nie mam czasu rozglądać się na boki. Jasne, że czasem myślę sobie, że czegoś brakuje, że czegoś może mam za mało. Tam by się jakieś kwiatki przydały, bo sama trawa nie wystarczy, a i drzewo jakieś, co da cień, bym chciała. Powoli... Wszystko z czasem. Dopiero kupiłam ten ogród, dopiero zaczynam w nim gospodarzyć.


***

Dziś poniedziałek. Zaczynam nowy tydzień. Nadal nie mam pracy - nic się nie zmieniło w tym temacie. Mój mężczyzna jest daleko ode mnie i to też nie zmieni się przez minimum trzy miesiące. Wczoraj pożegnałam moją najlepszą przyjaciółkę, płacząc kiedy mijała bramki na lotnisku... 

W drodze powrotnej wypłakałam wiadro łez, prawie rozjeżdżając motocyklistę. Dół absolutny? Nic z tych rzeczy! Śmiałam się wycierając oczy z łez. No bo kto ma tyle szczęścia co ja? Jak tu nie doceniać, że mam za kim tęsknić, mam miłość, a na dodatek mam wspaniałą przyjaźń. Tyle wygrać... 
To tak jakby znaleźć nie połówkę serca, ale całe. 

Jeszcze trzy lata temu, w takiej sytuacji jak ta, wpadłabym w depresję, poddała się. Ale nie dziś. Dziś poza smutkiem, rozpiera mnie radość i ogromna wdzięczność. Mam ogród! Może deszcz będzie padać za rzadko albo za często. Może wiatr zniszczy to, co posieję. Ale przecież to nie koniec... Reszta leży w moich rękach!


P.s. zmusiłam się do napisania tego posta. Kiedy obiecywałam Wam wczoraj, że dzisiaj dam znać co nowego, byłam w znakomitym nastroju. Dzisiaj jest zupełnie odwrotnie. Osiągnąłem apogeum smutku i zmęczenia. Ale w miarę pisania, wracały mi siły i optymizm. Wierzę, że pozytywne myślenie, nawet na siłę, zmienia nas w optymistów, nawet gdy bardzo się przed tym bronimy.

Honfleur
Źle znoszę niedziele, szczególnie te pierwsze, pełne tęsknoty. Ale nauczyłam się już, że każda niedziela się kończy, każdą niedzielę skreślę w kalendarzu, tak jak pozostałe dni tygodnia. Tymczasem korzystam z ciszy jaka ogarnia dom i wsłuchuję się w to, co chce mi powiedzieć.

Dzisiejsza cisza przyniosła mi przeszłość. Pewnie nie bez powodu, bo mijający tydzień pełen był duchów z przeszłości.

Cofam się w myślach o pięć lat. Przeżywałam wtedy bardzo trudny czas. Przez kilka miesięcy myślałam, że skończył się mój świat. Myślałam że umieram. Wydawało mi się, że skoro kończy się moje małżeństwo, to kończę się i ja. Na szczęście nie miałam racji. To był czas kiedy zaczynałam powoli, po raz pierwszy w życiu, otwierać oczy. 

Nie było to przyjemne ;-) Wyobraźcie sobie jak musiało boleć to, co zobaczyłam. Bolało tak bardzo, że zamykałam je ponownie wiele razy. Ale w końcu ciekawość zwyciężyła. Postanowiłam siłą woli patrzeć przed siebie. Nawet jeśli czasem miało być to trudne. Zaczęła się karuzela. Terapia, godziny rozmów, łez, wspaniali ludzie, którzy byli obok i klepali po plecach.

Trzy lata ciężkiej pracy. Wspaniałe lata, które pozwoliły mi stanąć na nogi i zrozumieć to co widzę. Czas, który przygotował mnie do tego co piękne, do wspaniałego, kolorowego życia. 

Zaczęłam smakować świat. Próbowałam nowych smaków, zapachów, tak jakby ktoś mnie zaprosił do restauracji serwującej owoce morze i za wszystko płacił. Tylko jeszcze wtedy nie rozumiałam po co to wszystko. Nie wiedziałam, że może rozboleć mnie brzuch od nadmiaru, albo że przyjemniej jeść w towarzystwie. 

Przyszedł jednak taki dzień, że zrozumiałam dużo więcej. Jeden dzień, który całą teorię, którą wyczytałam w mądrych książkach i nauczyłam się na terapii, zamienił w praktykę. Pewnie większość z nas ma już taki dzień za sobą, a jeśli nie, to na pewno nas to czeka. Dzień, kiedy traci się kogoś, kto był obok. Nagle rozumiesz, że na pewne rzeczy nie masz wpływu. Pozostaje Ci wziąć w swoje ręce tyle, ile możesz. Ustalić priorytety, mówić to co myślisz, ale tylko wtedy jeśli nie krzywdzisz, kochać i mówić, że kochasz. Podejmować ryzyko, mówić TAK zamiast nie. Budzić się rano i cieszyć się z tego co masz.

Dopiero po tym wszystkim przyszedł czas na miłość. Dopiero wtedy byłam gotowa powiedzieć kocham Cię, zostawię za sobą całe swoje życie i spróbuję zbudować je z tobą. Może się nie udać, może przestaniesz mnie kochać, ale spróbujmy. W przeciwnym razie będę musiała z powrotem zamknąć oczy i udawać, że cię nie było. 

Chociaż nie wiem co mi niesie los, jedno wiem na pewno - nigdy więcej nie chcę zamknąć oczu!

Ta wiadomość spadła na nas jak grom z jasnego nieba. Mieliśmy mieć jeszcze pół roku żeby się przygotować. Ja miałam mieć... Miałam do tego czasu znaleźć pracę, zaprzyjaźnić się z kimś i mówić po francusku dużo lepiej niż teraz. Przede wszystkim miałam się nie bać!

Ale się boję... V wyjeżdża na misję nie za pół roku, ale za 2-3 tygodnie. W pierwszej chwili pomyślałam, że to jakiś straszny żart. Razem z V wciąż śmiejemy się, że nie mamy szczęścia. Że całe jego pokłady wyczerpaliśmy poznając się przypadkiem. Ale tego już za wiele! Nie będzie go cztery miesiące... Jeszcze nigdy nie spędziliśmy moich urodzin ani naszej rocznicy razem. W tym roku też się nie uda... Tupanie nogą nic nie pomoże.

Buntowałam się okropnie, ale kiedy już wypłakałam cały swój smutek i strach, zadzwoniłam i napisałam do wszystkich przyjaciół, przyszły nowe myśli. Przypomniałam sobie ludzi, którzy dali mi przykład, że w życiu nic nie dzieje się bez przyczyny, i że przecież w moim życiu też wszystko było po coś. I najważniejsze: przypomniałam sobie coś, czego nauczyła mnie "miłość na odległość", a o czym zapomniałam, mając ją na wyciągnięcie ręki. Nie liczy się nic poza miłością. Nie ma innej drogi do szczęścia niż kochać. Proste! Bez żadnych warunków, walk, sporów. Wystarczy kochać! Jak mogłam o tym zapomnieć?! Już wiem, że dobrze się stało, że V wyjeżdża tak szybko. Być może pozwoliło mi to w porę otrząsnąć się z rutyny i spojrzeć na niego tak, jak patrzyłam na początku. 

To nieprawda, że na początku zakochania, nie widzimy ukochanej osoby taką, jaka jest. Widzimy ją tak dokładnie i wyraźnie, jak nigdy potem. Widzimy jej potencjał i najlepsze cechy. One przecież nie znikają z czasem. To tylko my przestajemy na nie patrzeć...





Każda z nas ma takie momenty w życiu, kiedy może zaśpiewać "Mam tę moc!" Nieważne jak to nazwiesz. Mocą, siłą, wiarą, pewnością siebie, wewnętrznym zintegrowaniem, radością, szczęściem, każda z nas to zna. Jak często nam się przytrafiają te momenty? Może ostatni raz czułaś to będąc małą dziewczynką? Narysowałaś coś przepięknego, jedynego w swoim rodzaju i biegłaś pokazać swoje dzieło rodzicom, stałaś na scenie i wszyscy klaskali, a może przebrana za baletnicę kręciłaś piruety przed tatą? Mam nadzieję, że to uczucie nie zniknęło z Twojego życia wraz z wejściem w dorosłość.

Jestem tą szczęściarą, która nie straciła swojej mocy na zawsze. Przytrafiają mi się chwile, kiedy mogę poczuć, że stoję obiema nogami na ziemi, mam jasne spojrzenie, pewność tego co robię i wiarę w swoją siłę. Mogę nie mieć nic, zastanawiać się czy kupić szampon, czy chleb za ostatnie pieniądze. To nie ma znaczenia. Jestem wtedy jak tytułowa bohaterka, obejrzanego przeze mnie wczoraj filmu "Joy", w ostatniej scenie. Idę z podniesioną głową, jak zwycięzca.

Myślę, że ta wewnętrzna moc, to nasz kobiecy sekret. To jest właśnie ta iskra, która powoduje, że mężczyźni nas nie rozumieją, ale chcą poznać. Kiedy ją tracimy, przestajemy być dla nich wyzwaniem i tajemnicą.


Muszę przyznać, że ostatnie tygodnie, to u mnie czas uśpionej siły. Zapomniałam, że jest ona niezależna od tego co mi się przytrafia, nie można jej znaleźć na zewnątrz. Czasami kwitnie w pięknym ogrodzie, ale zdarza się, że znajdziesz ją na pustyni albo między skałami. Wydawało mi się, że jeśli nie ma obok mnie nikogo kto podzieli się ze mną swoją siłą, to zgasnę, zginę.

Jestem niesamowicie wdzięczna, że akurat wczoraj, w ostatni dzień mijającego roku, wybraliśmy się do kina, a nie na imprezę. Mam nadzieję, że to co we mnie pozostawił ten film, będzie cudownym przesłaniem na cały Nowy Rok. Że nie zapomnę o mieszkającej we mnie mocy, będę ją karmić i pozwolę jej rosnąć. 

Tego właśnie życzę dzisiaj sobie i Wam kobietki! Niezależnie od tego w jakiej jesteśmy sytuacji, wierzę, że wszystkie mamy w sobie tę moc i możemy ją odkryć na nowo!



P.s. Przepraszam wszystkich Panów, że post skierowany jest tylko do Pań ;)