Ta wiadomość spadła na nas jak grom z jasnego nieba. Mieliśmy mieć jeszcze pół roku żeby się przygotować. Ja miałam mieć... Miałam do tego czasu znaleźć pracę, zaprzyjaźnić się z kimś i mówić po francusku dużo lepiej niż teraz. Przede wszystkim miałam się nie bać!

Ale się boję... V wyjeżdża na misję nie za pół roku, ale za 2-3 tygodnie. W pierwszej chwili pomyślałam, że to jakiś straszny żart. Razem z V wciąż śmiejemy się, że nie mamy szczęścia. Że całe jego pokłady wyczerpaliśmy poznając się przypadkiem. Ale tego już za wiele! Nie będzie go cztery miesiące... Jeszcze nigdy nie spędziliśmy moich urodzin ani naszej rocznicy razem. W tym roku też się nie uda... Tupanie nogą nic nie pomoże.

Buntowałam się okropnie, ale kiedy już wypłakałam cały swój smutek i strach, zadzwoniłam i napisałam do wszystkich przyjaciół, przyszły nowe myśli. Przypomniałam sobie ludzi, którzy dali mi przykład, że w życiu nic nie dzieje się bez przyczyny, i że przecież w moim życiu też wszystko było po coś. I najważniejsze: przypomniałam sobie coś, czego nauczyła mnie "miłość na odległość", a o czym zapomniałam, mając ją na wyciągnięcie ręki. Nie liczy się nic poza miłością. Nie ma innej drogi do szczęścia niż kochać. Proste! Bez żadnych warunków, walk, sporów. Wystarczy kochać! Jak mogłam o tym zapomnieć?! Już wiem, że dobrze się stało, że V wyjeżdża tak szybko. Być może pozwoliło mi to w porę otrząsnąć się z rutyny i spojrzeć na niego tak, jak patrzyłam na początku. 

To nieprawda, że na początku zakochania, nie widzimy ukochanej osoby taką, jaka jest. Widzimy ją tak dokładnie i wyraźnie, jak nigdy potem. Widzimy jej potencjał i najlepsze cechy. One przecież nie znikają z czasem. To tylko my przestajemy na nie patrzeć...





Każda z nas ma takie momenty w życiu, kiedy może zaśpiewać "Mam tę moc!" Nieważne jak to nazwiesz. Mocą, siłą, wiarą, pewnością siebie, wewnętrznym zintegrowaniem, radością, szczęściem, każda z nas to zna. Jak często nam się przytrafiają te momenty? Może ostatni raz czułaś to będąc małą dziewczynką? Narysowałaś coś przepięknego, jedynego w swoim rodzaju i biegłaś pokazać swoje dzieło rodzicom, stałaś na scenie i wszyscy klaskali, a może przebrana za baletnicę kręciłaś piruety przed tatą? Mam nadzieję, że to uczucie nie zniknęło z Twojego życia wraz z wejściem w dorosłość.

Jestem tą szczęściarą, która nie straciła swojej mocy na zawsze. Przytrafiają mi się chwile, kiedy mogę poczuć, że stoję obiema nogami na ziemi, mam jasne spojrzenie, pewność tego co robię i wiarę w swoją siłę. Mogę nie mieć nic, zastanawiać się czy kupić szampon, czy chleb za ostatnie pieniądze. To nie ma znaczenia. Jestem wtedy jak tytułowa bohaterka, obejrzanego przeze mnie wczoraj filmu "Joy", w ostatniej scenie. Idę z podniesioną głową, jak zwycięzca.

Myślę, że ta wewnętrzna moc, to nasz kobiecy sekret. To jest właśnie ta iskra, która powoduje, że mężczyźni nas nie rozumieją, ale chcą poznać. Kiedy ją tracimy, przestajemy być dla nich wyzwaniem i tajemnicą.


Muszę przyznać, że ostatnie tygodnie, to u mnie czas uśpionej siły. Zapomniałam, że jest ona niezależna od tego co mi się przytrafia, nie można jej znaleźć na zewnątrz. Czasami kwitnie w pięknym ogrodzie, ale zdarza się, że znajdziesz ją na pustyni albo między skałami. Wydawało mi się, że jeśli nie ma obok mnie nikogo kto podzieli się ze mną swoją siłą, to zgasnę, zginę.

Jestem niesamowicie wdzięczna, że akurat wczoraj, w ostatni dzień mijającego roku, wybraliśmy się do kina, a nie na imprezę. Mam nadzieję, że to co we mnie pozostawił ten film, będzie cudownym przesłaniem na cały Nowy Rok. Że nie zapomnę o mieszkającej we mnie mocy, będę ją karmić i pozwolę jej rosnąć. 

Tego właśnie życzę dzisiaj sobie i Wam kobietki! Niezależnie od tego w jakiej jesteśmy sytuacji, wierzę, że wszystkie mamy w sobie tę moc i możemy ją odkryć na nowo!



P.s. Przepraszam wszystkich Panów, że post skierowany jest tylko do Pań ;)