DZIEŃ WARIATA I CO Z TEGO WYNIKA - KONKURS?

Jak wiecie. wczoraj odbyłam drugą rozmowę kwalifikacyjną. Nie dałam Wam znać co i jak, bo to był dzień wariata. Najpierw okazało się, że źle zrozumiałam monsieur przez telefon, i owszem szukają kogoś do sklepu w centrum handlowym, ale rozmowa odbędzie się w centrum MIASTA... Dotarłam więc spóźniona i po krótkiej, acz niezbyt miłej rozmowie, dowiedziałam się, że mój francuski nie pozwoli mi sobie poradzić na tym jakże wymagającym stanowisku ;)
Dla poprawienia nastroju udałam się w poszukiwania pięknego stroju kelnerki, bo przecież zaczynam pracę 19. marca :) Niemiłosierna ulewa i potężny wiatr, starły w pył mój parasol, tuż po wyjściu z samochodu (mówiłam wam już skąd nazwa mojego bloga?).
Kiedy znalazłam wreszcie mnóstwo nudnych, czarno-białych, klasycznych koszul i spodni, odkryłam w przymierzalni, że nie mam w torebce telefonu, a na pewno tam był. Nie dotknęłam go nawet palcem odkąd weszłam do galerii... Jak nic ktoś mnie okradł, bo torebka otwarta... Wybiegłam z przerażeniem w oczach i poprosiłam pierwszą napotkaną madame o udostępnienie jej komórki. Telefon odpowiadał, ale szybko ktoś rozłączał połączenie. Tysiąc myśli na minutę (telefon był prezentem od V. na urodziny, których jeszcze nie miałam). Czy dam radę wrócić bez GPS do domu, czy operator wymieni mi kartę SIM bez obecności V. (umowa jest na niego), czy cała historia nie skończy się rachunkiem na setki euro?
Biegałam po galerii chyba pół godziny w tą i z powrotem i prawdopodobnie już cała obsługa zdążyła wysłuchać mojej historii, aż wreszcie ktoś mnie zaczepił i odesłał do obsługi sklepu Carrefour. Telefon czekał tam na mnie. Nie pytajcie jakim cudem, skoro nie wyciągałam go z torebki, a tym bardziej nie byłam w Carrefour. 
Oczywiście to nie był koniec historii, bo rzecz jasna, w drodze powrotnej, mimo włączonego GPS-a, zgubiłam się i wracałam na rezerwie, okrężną drogą pełną niebezpiecznych zakrętów. A na dodatek w domu nie czekały męskie ramiona, w które można się wypłakać. Macie pojęcie jaka zmęczona i rozbita wróciłam do domu?

Teraz tak sobie myślę, czy nie rzuciłam wyzwania losowi, mówiąc, że ułożę sobie to francuskie życie. Może los chce mi udowodnić, że mam do powiedzenia mniej niż mi się wydaje? Ha! Być może. Ale nawet los musi się liczyć z rachunkiem prawdopodobieństwa. Nie może być tak, że na jedną osobę przypadają tylko kłody pod nogami, bez żadnych kół ratunkowych :) Dlatego odhaczam wczorajszy dzień jako kolejne wyzwanie i regeneruję siły przed kolejnymi. 

A dla Was mam wyzwanie. Oczywiście dla chętnych. Kto dołączy do mnie w pozytywnym myśleniu? Kto rzuci wyzwanie losowi? Może jak będzie nas więcej, to się przestraszy i da nam spokój ;) Proponuję dzielić się tu, lub na Facebook'u naszymi historiami, w których pomimo kłód pod nogami, śmiałyśmy się z nich i przeskakiwałyśmy je, albo wstawałyśmy po upadku. Do dzieła babki :) Kto wie, może zrobię z tego mały konkurs? :) Pomyślę nad jakąś miła francuską nagrodą i dam Wam znać. a Wy dajcie znać czy podoba Wam się taki pomysł :)

2 komentarze:

  1. Na chwilę wypadłam z obiegu, a tu tyle się dzieje :)
    Miałaś dużo szczęścia z tym telefonem.
    Przy okazji przypomniała mi się historia znajomego. Kiedyś zgubił telefon na ulicy, który później odnalazł się w meczecie :) Są jeszcze dobrzy ludzie na tym świecie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Niewiarygodne szczęście wręcz. Aż sama nie mogę w nie uwierzyć.

    OdpowiedzUsuń