POWITANIA SMAK

Poznając mojego V. i decydując się na związek z nim, liczyłam się od samego początku z nieustanną tęsknotą. Emocje, które rodzi każde pożegnanie, są ogromne. Pisałam już na blogu o smaku pożegnań (TUTAJ) i chyba wiele z Was rozumie doskonale  co to znaczy czekać i tęsknić, bo post ten okazał się najchętniej czytanym do tej pory na blogu. Dzisiaj jednak będzie o drugiej stronie medalu, czyli o smaku powitania.

Dodaj napis


Strategia przetrwania czteromiesięcznej misji V, ma jedno podstawowe założenie - nie wyobrażać sobie zbyt często jego powrotu. Nie wyobrażać sobie chwili powitania, zaurzenia się w jego szerokich, ramionach. Nie myśleć o pocałunkach, którymi obsypie moją twarz ani o jego zapachu. 
Pod żadnym pozorem nie odtwarzać w głowie filmu nakręconego przy pomocy fantazji. 

Scena pierwsza:

Widzę go z daleka. Przez ramię ma przerzuconą wojskową torbę, a na plecach wypchany po brzegi plecak. Już zapomniałam jaki jest przystojny. Zauważa mnie i powoli idzie w moim kierunku. Ja, mimo najszczerszych chęci, nie jestem w stanie biec do niego, bo nagle cała tęsknota, niewylane łzy i niewypowiedziane przez cztery miesiące słowa, odbierają mi siłę w nogach i uświadamiam sobie, że to jednak był nadludzki wysiłek. Że bolało bardziej niż chciałam się przyznać przed samą sobą, ale przede wszystkim przed nim. Że właśnie teraz, w tej jednej chwili wyczerpała się moje siła.

Scena druga:

Siedzę w samochodzie, po stronie pasażera. Nareszcie nie muszę prowadzić, bo obok jest on. Trzyma swoją dłoń na moim kolanie. Wyciągam rękę i drapię go po karku - tak jak lubi, a on się uśmiecha. Zamykam oczy i odpływam. Zasypiam i budzę się, a on wciąż jest, nie znika. Mogę spać spokojnie. 

Scena trzecia:

Stolik na tarasie restauracji, zachód słońca, szum fal. Nigdzie się nie spieszymy, nic nie musimy. Owoce morze, czekoladowy deser, szampan, wino. Spacer po plaży, tylko my dwoje. Doceniamy każdą sekundę, cieszymy się sobą, tak jakbyśmy spotykali się od kilku tygodni. 


Jak widzicie, jakoś słabo mi idzie nie odtwarzanie tego filmu. Im mniej czasu zostało do końca misji, tym częściej takie obrazy stają mi przed oczami. Pewnie dlatego też czas zaczyna płynąć jak gdyby trochę wolniej. I już sama nie wiem czy dokręcić kolejne sceny, czy też zaprzestać wyobrażać sobie w nieskończoność słodki smak powitania, z obawy przed wariactwem ;) 

Może tymczasowo zadowolę się smakiem czekolady na pocieszenie, a Was zostawiam z pięknym filmem, z jednego z naszych powitań na lotnisku.

Dla wszystkich, którym film nie wyświetla się poprawnie, wrzucam odnośnik si Facebooka'a

video


5 komentarzy:

  1. film jest cudny aż sie łezka w oku kręci :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Widziałam go już tyle razy a wciąż mam ciarki. To jest cudowne uczucie witać ukochanego. Pozdrawiam Marzenka.

    OdpowiedzUsuń
  3. Doskonale znam ten smak. Jest cudowny, a zarazem tak przykry, że jednak trzeba się rozstawać i poczuć ten gorzki smak, żeby później cieszyć się sobą najmocniej na świecie.. Mam nadzieję, że jeszcze trochę i nie będę musiała przeżywać ani jednej ani tej drugiej skrajności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe czy kiedyś nie zatesknimy za tą tęsknotą ;-)

      Usuń