O przyjaźni, piorunach i o tym, że nigdy nie zgubię drogi.

Dzisiejszy wpis powstał w ramach projektu Klubu Polek na Obczyźnie. Projekt ten trwał dwa miesiące i chyba już wszystko w nim zostało napisane przez moje poprzedniczki. Może nie napiszę nic odkrywczego, może powtórzę wszystko to, co powiedziały już moje koleżanki. Może. Ale kiedy przeczytałam, że właśnie o przyjaźni na obczyźnie będziemy pisać, poczułam, że muszę wziąć udział w projekcie. Bo dla mnie to temat bardzo świeży, nieułożony i bolesny.

Z przyjaźnią według mnie jest tak jak z miłością. Kiedy to zrozumiałam, miałam dwadzieścia parę lat i wydawało mi się, że przyjaźniłam się w swoim życiu wiele razy. Przyjaciele byli obok, odchodzili, wracali. Niektórzy byli tylko od dobrej zabawy, inni od rozmów, a jeszcze inni od podróży. Niektórzy odeszli na zawsze, ale kiedyś przecież naprawdę się przyjaźniliśmy... Czyżby?

Żyłam z taką myślą, aż nagle pojawił się ten KTOŚ! Być może Wam też się to przytrafiło. Być może to była przyjaźń od pierwszego spojrzenia, a może, tak jak u nas, spotkanie po latach z koleżanką z klasy. Właśnie wtedy uświadamiasz sobie, że do tej pory nic nie wiedziałeś o przyjaźni, zaufaniu i porozumieniu. Bo nagle pojawił się KTOŚ, kto zrewolucjonizował Twoje poglądy na ten temat. Nagle jest obok Ciebie ktoś, komu ufasz bardziej niż sobie, komu kibicujesz bardziej niż sobie, kogo kochasz bardziej niż siebie, kto jest Twoją dumą, radością i z kim rozumiesz się bez słów, chociaż uwielbiasz rozmawiać godzinami.

Najlepsza przyjaciółka jest jak siostra, której życie zapomniało nam dać.

Dokładnie 2 lata i tydzień temu trafił mnie taki piorun. Od tamtej pory wiem, że cokolwiek w moim życiu się nie wydarzy, mam jeden stały punkt odniesienia, jest jak latarnia morska, niczego się nie boję.
Tamtego dnia zrozumiałam też, że między kobietami nie musi rządzić zazdrość i zawiść. Kiedy widzę moją przyjaciółkę, to myślę sobie, że mam wielkie szczęście, bo jest jedną z najpiękniejszych kobiet jakie znam. Kiedy widzę zachwycone męskie spojrzenia, kiedy spacerujemy razem, rozpiera mnie duma!

Nie potrafię opisać Wam naszej silnej więzi. Nie potrafię opowiedzieć Wam o naszych wieczorach, nocach i rankach, kiedy buzie nam się nie zamykały, bo rozmowa sprawiała taką radość. Nie umiem opowiedzieć o tym, jak trzymała mnie za rękę kiedy odjeżdżał Vince, jak była gotowa przybiec do mnie o 5 nad ranem żeby mnie wesprzeć. Nie wiem jak mogłabym wytłumaczyć Wam jaką cudowną jest kucharką i ile razy nie jadłam cały dzień, żeby nacieszyć się tym co przygotuje wieczorem. Jej dom jest moim domem, gdzie mogę nie wciągać brzucha, położyć się na kanapie w dresie, pić wino, jeść czekoladę i nic nie musieć.
Nie wiem jak mam opowiedzieć Wam o tęsknocie... O tym wieczorze tuż przed moją wyprowadzką... O tym jak trzymałyśmy się za ręce i próbowałyśmy nie płakać. Wytrzymałyśmy prawie do samego końca. O tym, że udawałam sama przed sobą, że wyjeżdżam tylko na chwilę i na pewno za kilka dni się spotkamy.

Wiem za to jak opowiedzieć Wam o przyjaźni na obczyźnie. Tuż po wyprowadzce nie interesowali mnie inni ludzie. Uparcie odmawiałam wszystkim zarpraszającym. To nie byli moi przyjaciele. Tęskniłam za tymi, którzy zostali w Polsce. Myślałam tylko o tym, że ich tu nie ma. Nawet jeśli V. udało się mnie gdzieś wyciągnąć, to uparcie patrzyłam na innych przez pryzmat tego "kim nie są". Nie byli ani moją najlepszą przyjaciółką, ani kolegami z pracy, ani najbliższą rodziną, ani nawet znajomymi twarzami. Wiecie kim za to byli? Przyjaciółmi, ale nie moimi - mojego V. Nie ja ich wybrałam i im bardziej to sobie uświadamiałam, tym mniejszą miałam ochotę ich widzieć. I wtedy moja przyjaciółka widząc jak bardzo się męczę, wysłała mi to:


Jak zawsze wiedziała czego mi trzeba. Bardzo mnie wzruszyła tym, że nie kieruje nią zazdrość i zaborczość, ale Miłość i Troska o mnie i moje samopoczucie. Nie zmieniło to diametralnie mojego podejścia i nie sprawiło, że zaczęłam się rzucać na szyję wszystkim dookoła, ale uchyliło odrobinę zatrzaśnięte drzwi.

Nie mam przyjaciół na obczyźnie. Mam już swoich własnych znajomych i kolegów (głównie dzięki pracy), ale być może kiedyś z kimś się zaprzyjaźnię. Pewnie nie będzie to proste. Może dlatego, że jestem tu raptem niecałe 8 miesięcy i jeszcze nie rozgryzłam Francuzów. Wydaje mi się, że nie angażują się tak w relacje jak Polacy. Tego mi brakuje - serdecznych uścisków, godzinnych rozmów, zaproszenia na obiad do rodziny. Nawet kiedy mój V żegnał się ze swoimi przyjaciółmi przed wyjazdem na misję, wymienili standardowe (zimne jak dla mnie) bisous w dwa policzki. A przecież rozstawali się na 4 miesiące...

Nie wierzę, że spotkam jeszcze kogoś takiego jak Ania. Nie ważne czy w Polsce, we Francji, czy jeszcze gdzie indziej. Bo my jesteśmy takie same. Mimo, że fizycznie różnimy się całkowicie, to serce mamy to samo. Jedno, podzielone na pół. 
Ale nawet jeśli nigdy nie spotkam tu nikogo, kogo będę mogła nazwać swoim przyjacielem, to już wygrałam. Odnalazłam już swoją drugą połowę. Życzę każdemu móc doświadczyć takiej głębokiej przyjaźni. Szczególnie, jeśli jest się bardzo daleko od domu, czuje się samotnym, a strach wita każdego poranka z tą samą siłą. Nie boję się mu spojrzeć prosto w oczy, moja latarnia morska nadal tam jest. Daleko, ale nadaje mi kierunek...


2 komentarze:

  1. Przyjaźń jest piękna. Też mam to szczęście, że taką osobę w swoim życiu poznałam. A poznałam ją już w przedszkolu. Od tej pory niezmiennie razem. Teraz jednak, tak jak Ty, wyprowadziłam się do Francji i zostaje Skype. Ale żyję nadzieją, że ją też skuszę na przeprowadzkę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ach to życie na emigracji ;) Moi polscy przyjaciele okazali się być niezastąpieni. Żadna francuska relacja nie okazała się do tej pory wystarczająco głęboka, ale to nie oznacza, że nie warto próbować :) Trzeba dać sobie szansę i czas. Życie potrafi zaskoczyć !

    OdpowiedzUsuń